Planeta Ziemia i fartuchy poporodowe, czyli pięć dziewczyn z Instagrama, które przekonają Cię do noszenia używanych ciuchów.


Aż mi się palce pocą, taka jestem podniecona. Mój ulubiony temat! Używki! Ekhm, używane rzeczy. Ubrania z drugiej ręki. Jeeez! Żyję w lumpeksach od podstawówki. Do tej pory się dziwię, że nie napisałam o tym magisterki, tylko coś tam o Europie, już nawet nie pamiętam. To jest dopiero coś, co znam, nomen omen, od podszewki. A nie tam interpunkcja albo inne nieżyciowe bzdety.

Generalnie nastawienie do używanych ciuchów jest różne- jedni wymiotują od samego zapachu środków dezynfekujących, inni zachodzą, ale z rezerwą, trzeci akceptują i nawet czasem coś wyszarpią, a pozostała część kupuje tam prawie wszystko. Jestem dumnym członkiem ostatniej grupy. Emocje, jakie towarzyszą nowej dostawie (albo wyprzedaży za zeta), pierwotny zmysł polowania, pojedyncze sztuki, którymi potem z lubością kłujemy w oczy w social mediach- GIMME THAT. Moja relacja ze szmateksami to nie jest już przelotny romans, w którym nie widzimy się miesiącami, potem uprawiamy obłąkany seks rozwalając kanapę, a później chłodny wierszyk smsem na święta. To jest dojrzały związek. Długotrwała relacja, w której akceptujemy swoje wady i zalety, wspieramy się wzajemnie, szanujemy, a przy tym ciągle jeszcze potrafimy siebie zaskoczyć (lumpeks, kiedy zaspokoi potrzebę zakupów, ale do pięciu złotych oraz ja, kiedy się w to zmieszczę). To jest nierozerwalna więź. Właściwie to żyjemy ze Starym w trójkącie.

W latach mojej świetności, czyli dekadę temu, szmateksów było zatrzęsienie. Jeden obok drugiego. Wycieczka po wszystkich zajmowała mi cały dzień, w związku z czym najczęściej musiałam brać L4 na poniedziałki. Żyły ulice, kostka brukowa wypadała z szeregu, a my ścieraliśmy sobie pięty idąc 'na miasto'. Dzisiejszy obrazek jest bolesny i jednoznaczny- jesteśmy ujebani w kapitalizmie. Większość moich ulubionych lokali padła- raz od braku ludzi, drugi przez leniuszków, którym nigdy nie po drodze było parkowanie, aż po grube czynsze i opłaty. Zostały nam sieciówki, gdzie uświadczysz sweterków po dwieściedwadzieściadziewięć z życiem do pierwszego prania. Nie cierpię nowych ubrań, a przez szmateksy nie umiem nawet elegancko przeglądać wieszaków- chęć bezpardonowego grzebania jest silniejsza, więc z obawy przed nachalnym ochroniarzem nie wchodzę. W dodatku ten irracjonalny strach przy bramce- nawet jak nic nie ukradniesz, to i tak się kurwa boisz, że zapiszczy.

(mam na sobie sweter za osiem złotych, top od piżamy oraz spodenki sportowe Starego)

A szmateksy są takie fajne. Są super jak wegański sernik z fasoli! Zastanawiam się, dlaczego ludzie mają potrzebę kupowania takich ilości nowych ciuchów. A w zasadzie wiem, bo potraktowałam siebie jako case study. Trzy lata przepracowałam w galeriach handlowych, gdzie obsłużyłam tysiące kobiet, które szukały futerka na cmentarz. Sama miałam wówczas trzydrzwiową szafę pełną bajeranckich ubrań, choć w pracy i tak przebierałam się w służbowy outfit na dwanaście godzin. Potem pracowałam biurowo, nie obowiązywał mnie żaden dress code, siedziałam sobie za biureczkiem i nie zużywałam nawet połowy tych rzeczy. Odkąd pracuję w domu, mam jasny obraz tego wszystkiego. Całe clou tej imprezy to tak zwane 'wyjście do ludzi'. Takiego podejścia zawsze uczył mnie mój ojciec. Największy opierdol dostałam, jak włożyłam bluzkę na ramiączkach na procesję, choć było gorąco jak w piecu do pizzy u Grubego Benka. Spodnie z dziurami albo trzy dni pod rząd ta sama sukienka i już słyszałam, że powinnam lepiej się wyszykować, bo 'do ludzi idę'. Już wiem, dlaczego moim ulubionym serialem był zawsze ten z Hiacyntą Bukiet. Co ludzie powiedzą. W pracy, szkole, sklepie albo na pogrzebie. Ubrana jak łach nie wejdę do kościoła, nikt nie obdarzy mnie społecznym poważaniem, kobieta, a nie zna się na modzie, nosi fasony z ery Łakamakafą i nie uprawia konturowania. Szmateksy są ostatnim bastionem walki z kapitalistycznym wieprzem, tak samo jak rynki, ale wiem, że kojarzą się z czymś, co w powszechnej opinii nie dodaje życiu splendoru. Nie zawsze są tam kolorki natenczas trendy, nie jest to środowisko, któremu się w życiu powiodło, nie ma rówieśników, tylko same babcie z koperkiem w siatce. Dziś na szczęście potrafię mieć sukienkę, która czasem bywa koszulą nocną i jak wstaję, tak wychodzę po bułki. Po prostu przestałam zwracać uwagę na to, czy aby na pewno w oczach miejscowej ludności jestem szanowaną obywatelką w swetrze z nowej kampanii zalando, czy raczej dzieci uciekają ode mnie jak Kevin od baby z gołębiami. Dzięki temu nie potrzebuję nie tylko fury nowych ubrań, ale i wielu ubrań w ogóle.

Piszę dziś ten przydługi wywód, bo natchnęły mnie fajne dziewczyny na Instagramie, które się nie boją. Nie boją się pokazać w męskich kalesonach, opisać, jak zła jest sytuacja środowiska albo ta w fabrykach odzieżowych. Zabierają głos, pokazują same dobre łupy i jeszcze na dodatek wyglądają zajebiście. Ladies and gentlemen, oto one.

ARETA



Areta, dziewczyna, której koszulki nosił Justin Bieber, opuściła tak zwany chat i została ekologiczną aktywistką. Ona tam była, w amerykańsko- polskim przemyśle odzieżowym, gdzie rzeczy działy się i dzieją nieciekawe i dziś wykorzystuje swoją popularność do innych celów. Bo małe głosy nie zawsze potrafią być słyszalne, a małe konta na insta (jak moje) widoczne. Dlatego dobrze, że ktoś o większych zasięgach zachęca pogrążone w sieciówkach społeczeństwo do noszenia używanych ciuchów. Areta podaje dane, pisze, ile wody zużywa przemysł odzieżowy oraz ile jeszcze musi upłynąć lat, żebyśmy znosili to, co już zostało uszyte. Noszenie używanych rzeczy jest po prostu ekologiczne.

ALEKSANDRA AKA ŻONA JOHNA



Jezuuuu, kocham Aleksandrę oraz wszystkie jej #gaciepotacie. To jest ten człowiek, o którym powiedzieć, że ma wyjebane, co ktoś pomyśli o jej wyborach, to naprawdę bardzo mało. Bluzy po wujkach, kwieciste podomki oraz fartuchy poporodowe udowadniają, że moda to stan umysłu. Nie żeby ona miała coś z umysłem, chciałabym się z nią zamienić, po prostu w swoich zestawieniach nie ma barier, a odbiór jej outfitów to ciągłe wychodzenie ze strefy modowego komfortu. Aleksandra wspiera też polskich projektantów, robi księżycowe opaski i ma boskie mieszkanie urządzone na olx. Jedno jej zdjęcie i ja już jadę na Przymorze szukać w koszach wielkich koszulek jak z Woodstock.

NATALIA



Kurde, chciałam napisać, że konto Natalii ma wysoką wartość edukacyjną oraz porządny przekaz merytoryczny, ale to brzmi tak kurewsko nudno, a Natalia wcale nie jest nudna ino mądra. Ona mi oczy otwiera, bo dla mnie szmateksy to proste atawistyczne odruchy, a dla niej coś więcej. W swoich postach zawstydza wielkie marki, opisując, co ładują nam w koszyki, jak traktują pracowników oraz jak bardzo robią nas w balona. Kocham ją, bo totalnie inteligentnie usprawiedliwia mój dziki popęd do lumpeksów. Obserwujcie jej profil, a zaczniecie omijać sieciówki jak ja sąsiada z parteru.

MAGDA



Magda to jest ognista kobieta, która tańczy na stole, choć kiecki nie zadziera, pozwala dzieciom robić jej zdjęcia oraz uskutecznia na swoich stories epickie haule z sortexu. Jakie ona wygrzebuje perły, mówię Wam, z miejsca ją znienawidzicie. Nie, żartuję, Magdy nie da się nienawidzić, co najwyżej życzyć jej szlabanu na lumpy od jej Starego. Magda to jest przykład tej miłości do secondhandów, który pokazuje, że wszędzie da się tam ubierać- na wsiach, małych miastach, w jednym sklepie, a przy tym dobrze się bawić i jeszcze zaoszczędzić kasę na stoły z olxa.

RYFKA



Ryfka to jest nie tylko jedyny przykład, jak być porządnym blogerem i jak się powinno prowadzić fanpage, ale też kobieta rozsądna, rozważna, mało romantyczna, choć na ostatnim zdjęciu tak wygląda. Ryfka potrafi się ubrać od stóp do głów w rzeczy z secondhandu, choć nikt by tego nie powiedział. Wszystko dlatego, że kupuje tam głównie ubrania dobrych firm, o świetnych składach oraz takie, których faktycznie potrzebuje. To jest przykład, że to, że z lumpeksu można wynieść pięć siat ubrań za dwie dychy, nie oznacza, że koniecznie trzeba tak robić, bo to się nijak ma do ekologicznej idei posiadania mniej, którą Ryfka propsuje.

***

A Wy lubicie szmateksy? Dajcie znać w komentarzach, a ja z góry przepraszam dziewczyny, że ukradłam zdjęcia z ich instagramów, ale w słusznej sprawie, więc się nie liczy.

Do następnego :-)

Prześlij komentarz

22 Komentarze

  1. uwielbiam takie tresci, dziekuje♥

    OdpowiedzUsuń
  2. Szmateksy to życie. Babcia mi je pokazała, jakoś w podstawówce. Na chwilę obecną jestem w stanie kupić tam wszystko poza bielizną, a włącznie ze sztucznym futrem. Początkowo byłam stałym bywalcem, bo mieszkałam w małej miejscowości i ciężko było o oryginalność, a jednocześnie dobrą jakość przy niskiej cenie i braku wyjazdu do większego miasta. Teraz kocham je nadal, do tego noszę sukienki po mamie starsze ode mnie, a piękniejsze niż cała oferta ejdż en em. I mimo że będę mieszkała w jednym z większych miast w Polsce, to moje miejsce jest w lumpach na dzikich polowaniach, a nie w nudnych galeriach.
    PS. Jutro kolejne polowanie, can't wait

    OdpowiedzUsuń
  3. Jaciepitole a ja nie pokazuje swych łupów lumpowych 🙈 a od 14 lat się po nich szlajam 😳

    OdpowiedzUsuń
  4. Jeśli chodzi o mój związek z ciucholandami, to (ciągnąc dalej Twoją analogię), trochę przypomina on związek Rossa i Rachel z "Przyjaciół". Najpierw była faza szalonej miłości, a potem... WE WERE ON A BREAK. Nawet nie z wyboru, tylko z lenistwa, bo z lumpeksowego eldorado przeprowadziłam się na lumpeksową pustynię, potem dodatkowo praca na etacie nie sprzyjała polowaniom, no i jakoś tak się to rozlazło. Ale jakiś czas temu wróciłam do gry, z nową, silną motywacją ekologiczną i chyba już nie odpuszczę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też jestem na lumpeksowej pustyni (#szloch), ale nie poddaję się! :-))

      Usuń
  5. Mam daleko do lumpów bo jedyny czynny na mej podpoznańskiej wsi otwiera się po tym jak ja zaczynam pracę a zamyka się zanim ją skończę... i nie żebym ja była dziwna - pracuje po 8h :)
    Wyprawa do lumpa do Poznania niestety zdarza mi się sporadycznie bo muszę mieć na to urlop :D Mam już ciuchy ze śmietnika, przygarniam też ciuchy niechciane od znajomych. Jeśli bardzo sobie coś ubzduram ale nie chce płacić fortuny i napychać bejmów do kiejdy koncernów to kupuje od dziewczyn na vinted. Także czuje się usprawiedliwiona. Od początku tego roku jedyne ciuchy, które kupiłam totalnie nowe to bielizna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurczę, ja też kupiłam bardzo mało ciuchów w tym roku, latem nic, nawet z lumpa.

      Usuń
  6. "nosi fasony z ery Łakamakafą i nie uprawia konturowania" - jesteś boska, uwielbiam Twój styl!

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie lubię secondhandów. Nie lubię przeglądania dziewiędziesięciu wieszaków z dżinsami tylko po to, by przekonać się, że jedyne dwie pary dżinsów, które bym przymierzyła są w rozm. 34 i 44. Nie lubię macania swetrów, by pośród ich mnogości znaleźć tylko trzy z dobrym składem, wszystkie zmechacone albo wyciągnięte. Lub za duże. Może w Szczecinie są kiepskie lumpeksy, może ja chodzę do nie tych, co trzeba, a może powinnam chodzić tylko w dni dostawy... Nie wiem, ale zdecydowanie wolę zakupy w galeriach i w internecie. Wiem, czego szukam i zwykle znajduję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co kto woli! Wiadomo, że jeśli szukasz akurat konkretnych jeansów, nie zawsze się trafią (ze spodniami jest problem, ale ja ich prawie nie noszę).

      Usuń
  8. Genialny post. To prawda, że warto i trzeba pracować nad tym by nie mieć sześciu szaf pełnych ciuchów, bo i tak się ich nie używa.
    Bywam na zrzutach (to nazwa z czasów, kiedy jeszcze nic nie było, a owe zrzuty ratowały nasze istnienia ciuchowe), ale ostatnio rzadko kupuję, raczej w obawie, że za dużo sobie kupię. Przyjęłam zasadę mało a dobrze dobrane i tak funkcjonuję od lat.
    Ale oburącz podpisuję się pod ideą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest dobra zasada, choć w secondhandach bardzo ciężko czasem się powstrzymać i tym samym nie znieść do domu kilku siatek :-)

      Usuń
  9. Mnie w lumpeksy wtajemniczyła Mama. Na początku się chyba trochę wstydziła, bo to były wczesne lata 90., wtedy ciucholand = bieda. Nie zdradzała mi skąd pochodzą te super ubrania, które mi czasem przynosi. A później zabrała mnie do jednego i poszło już z górki 🙂 Najpierw wybierałam wszystko co wyglądało w miarę okej i było modne, bo dominował głównie vintage. Ten nie bardzo mnie interesował, bo miałam jakieś 10 lat 😉
    Teraz mieszkam w Niemczech, tutejsze lumpeksy jakoś do mnie nie przemawiają, lepsze są już pchle targi, wystawki i sklepy socjalne. Nadrabiam jak przyjeżdżam do Polski.
    Lumpeksy/ ciucharnie/ ciucholandy to piękny temat, mam nadzieję, że będzie się tu częściej pojawiał i liczę na post o najlepszych łupach. Ja mam na swoim koncie np. torbę Mulberry za 15zł i trzewiki Barbour (podarowałam je Mamie).

    Pozdrawiam,
    Asia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O kobieto, jakie ja łupy swego czasu łowiłam! Marki, loga, numery seryjne i takie tam! Ale to było, kiedy jeszcze mieszkałam w małym mieście, teraz w Gdańsku to już nie uświadczysz takich rzeczy :-((

      Usuń
  10. O, ja szmateksy kocham. KOCHAM . Niedawno w moim ulubionym kupiłam...perski dywanik 120x80 cm za 30 zeta. Od spodu miał karteczkę-certyfikat z m.in. składem i ceną. Heh. Powiem tylko, że to zakup życia. ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ONIE! Aż nie chcę go sobie wyobrażać! (#zazdromilion)

      Usuń
  11. Ho ho, temat na czasie! Od kilku dni jeżdżę wte i wewte, spisuję cenniki oraz godziny otwarcia i tworzę mapę lumpeksów w moim mieście :D

    Uwielbiam szmateksy po równi za aspekt ekologiczny i ekonomiczny. I za perełki, jakie można czasem wygrzebać.
    Poluję tak jak Ryfka: tylko na to, czego potrzebuję, co jest w moim rozmiarze, co jest zrobione z bawełny, lnu, jedwabiu, wełny.

    Lecę przejrzeć zalinkowane profile.

    Hersychia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Super! Lumpeksy to królestwo tkanin wszelakich. Pozdrowienia!

      Usuń