Trzy najlepsze wnętrzarskie historie z lipca i sierpnia, czyli nareszcie skończyły się wakacje.


Czy ja już wspominałam, jak bardzo nie cierpię lata? Tak? No to wspomnę raz jeszcze. Moja skala hejtu w stosunku do wakacji jest jak skala Richtera- nie ma górnej granicy. Lipiec i sierpień- miesiące, które ciągną się jak węgorzewski pekaes, niemiłosiernie zapychają Trójmiasto napalonymi turystami, a moje zmęczone pachy blokerami. Wrzesień jest jak słodkie wyjście z piekła.

Gwoli wyjaśnienia, to tu już nawet nie chodzi o te temperatury, idealne tylko dla pałek w rękawie, ale o przymus. O ten przymus wyłażenia z domu. Ja wiem, ja wszystko wiem. Że mlecze, sinice i rzepak. Że mus jest biegać z rozklejoną szczęką, ukazując braciom i siostrom efekty taniej pasty z dyskontu. Że rower, że kajak. Że łapać komary, pszczoły i kleszcze, golić łydki, zapacać kolejki. Że latem nie należy kisić się w domu. Problem jednak w tym, że ja KOCHAM KISIĆ SIĘ W DOMU. A jesienią po prostu mogę robić to legalnie. 'Może bym poszła pobiegać? A nie, przesz pada'. No, i załatwione.

Jesień to mój czas. Czas okutania się w używane swetry, porzucenia golarki i aerobiku, czas na malinki, miodki i afery w knajpach na tefałenie. Jedyny minus jesieni to fakt, że nie ma bobu i że farba dłużej schnie. No i korki poranne. Ale od czego jest spanie o godzinę dłużej, skoro biuro mam za ścianą. Przepraszam, to było bezczelne z mojej strony. Tak naprawdę śpię dwie godziny dłużej.

Lato odeszło, ale oprócz morza kiepów na plaży i załamanych rąk rodzicielskich zostawiło też po sobie trochę dobrego. Na szczęście nie stoją już nade mną rodzice z rakietkami do badmintona (czy tylko ja mówię 'babington'?), więc spokojnie mogę sobie siedzieć w necie na balkonie nawet przy bezchmurnym niebie. I oto w te wakacje, roku Pańskiego 2019, kiedy Wy radośnie taplaliście się w ciepłej wodzie koloru i smaku sushi nori, ja grzebałam dzielnie w odmętach porzuconego przez lud Internetu i znalazłam trzy wnętrzarskie historie warte każdej śliny. I nawet nie musicie dziękować.

MIESZKANIE, NA KTÓRE CZEKAŁAM


Jak ja czekałam! Dziewczyny z Milk&Sun zawsze nie wiadomo skąd wygrzebują jakieś niesamowite wnętrza, ale sneak peek tego sprawił, że stalkowałam ich stronę tygodniami jak gupia. To jest ten rodzaj mieszkania, przez który możesz znienawidzić właściciela. Jak ona śmiała, ta Monika, tak mieszkać. Ten wykusz, te perełki wszystkie, ten maksymalizm, ta galeria (butów, obrazów i motyli). Nie wiem, gdzie oczy podziać. A to zdjęcie Mai Musznickiej z jadalnią w wykuszu przez kilka tygodni było moją tapetą w telefonie. Zobaczcie sobie całe wnętrze TUTAJ.

NIE TYLKO JA KOCHAM ŻYCIE DOMOWE


Hygge też stawia na wspaniałe odwiedziny- wybiera wnętrza bezpretensjonalne, proste, 'życiowe'. A jak jeszcze opatruje je tytułem 'Uwielbiam domowe życie', to już w ogóle odpadam szczęśliwa na moje nowe fotele. Bo ja też uwielbiam domowe życie. Lubię sprzątać, podlewać, nawet myć wuce lubię. I dlatego od razu polubiłam Monikę, artystkę z Krakowa. No dobra, jeszcze za te figurki z pierwszego zdjęcia (foto autorstwa Michała Lichtańskiego), starą cegłę i fikusa. I za krasnale rzecz jasna. Całość do czytania i patrzania TUTAJ.

JUNGLE W WERSJI DE LUX


Czyli kolejny odcinek z cyklu Open Door. Jestem jednym z dwóch milionów subskrybentów kanału Architectural Digest na YouTube i za każdym razem niecierpliwie czekam, na co gwiazdy wydały swoją ciężko zarobioną hollywoodzką kasę. Czasem jestem zawiedziona, czasem zachwycona, ale najczęściej szlag mnie trafia. Demyt, te przestrzenie, te ogrody, a niech ich szlag. Niedawno odwiedzili Carę i Poppy Delevigne w ich domu. Jeśli chodzi o styl, to jest to takie jungle na bogato. Nie powiem, że aż tak mnie to całościowo nakręca, ale gdybym była ich bliską koleżanką, to na bank to i owo przytuliłabym po każdej wizycie. Całość do obejrzenia TUTAJ.

***

Trafiliście na coś wnętrzarskiego w wakacje? Oby tylko nie był to dekor domku z Kaszub.

Do następnego :-)

Prześlij komentarz

8 Komentarze

  1. Babington - pół życia tak mówiłam! hehe

    OdpowiedzUsuń
  2. Swinte słowa, pani ( o lecie) też tak mam.

    OdpowiedzUsuń
  3. 'babington' tez tak mówiłam....ha i mówię tak dalej choć wiem ,że nie poprawnie ;p

    OdpowiedzUsuń
  4. Mowie celowo babington, żeby starego wkurzyć:)
    No i jak to brzmi: badminton... jakby ktoś tam gdzieś tam "g" zgubił!

    OdpowiedzUsuń