Jesteśmy tak różni, dlaczego więc w social mediach wyglądamy tak samo.


Moja relacja z mediami społecznościowymi jest skomplikowana i napięta jak plandeka na ogrodzeniu stadionu Startu Bychowo. Już sama nazwa 'social' mnie zniechęca, gdyż niestety wciąż bliżej mi do antyspołecznych wyrzutków spoza rady pedagogicznej niż królowych szkolnej stołówki. Są dni, kiedy zastanawiam się, czy to zjawisko narodziło się razem z pośladkami Kardashianów, żeby nas męczyć do końca życia tymi swoimi dziadoskimi powiadomieniami.

Czuję przesyt algorytmami i kwadratowym feedem, hasztagami i tagami, a z drugiej strony wciąż staram się pamiętać, że mimo wszystko za każdym profilem stoją ludzie (przynajmniej za tymi, które ja śledzę), z którymi gadam sobie poza aplikacją. To takie piękne, że nie muszę chodzić na mityngi uzależnionych od przestawiania mebli śmieciarzy gdzieś na zapocone sale gimnastyczne, tylko spotykamy się na instagramie i wybaczamy sobie kolejne fotele spod wiaty i kradzione z ogródków piwonie. W social mediach jest mnóstwo super ludzi, wariatów, pasjonatów. Jest dużo wsparcia, jest coraz więcej otwartości, mówienia głośno o polityce, zaburzeniach emocjonalnych i wegańskich obiadach. Z drugiej strony jednak jest ten nieświeży oddech, który chucha w twarz jak pasażer pekaesu, który trzyma tą samą rurkę w autobusie co ty. Jest ta ogromna kopia, wizualna wtórność, podobne treści. Social media potrafią znużyć szybciej niż polska komedia romantyczna. Przeżywam właśnie znużenie. Znowu obraziłam się na aplikacje, przez które wszystko jest identyczne.

Może to przez próbę ujęcia życia w mały geometryczny polaroid? Może wizualne przekombinowanie? A może to po prostu użytkownicy podążyli tą samą ulicą? Mój socjologiczny mózg znowu próbuje zanalizować treści i obrazki, mieszkania i twarze, które można dziwnym trafem ze sobą nieźle pomylić. Kopiowanie mody trwa od zarania dziejów, wszak w latach dziewięćdziesiątych wszyscy chodziliśmy w lajkrach, ale odnoszę niekomfortowe wrażenie, że dzisiejsza kopia podyktowana jest trującą nas matematyką. Polubienia, obserwatorzy, ilości odwiedzin w profilu, udostępnienia, zapisania, wizyty na stronie- kurwa, nawet na korkach w liceum nie miałam tyle matmy. Słupki, które mordują osobowości na rzecz bycia likeable, stały się wyznacznikiem, jak wyglądamy, co mówimy, jak piszemy i nawet jak mieszkamy. Najbardziej na świecie nie chcę tu wybrzmieć jak samozwańczy kaznodzieja z internetu, ale w ciągu pięciu sekund mogłabym podać z dziesięć kont, których styl życia dyktują tylko współprace. Nie mam nic przeciwko współpracom, wręcz przeciwnie, ale pójście po bandzie w stronę instagramowego oportunizmu nieco mnie przerasta. No i moje ulubione presety. Serio, co chodzi z tymi presetami? Żeby na wszystkich zdjęciach było to samo światło i te same kolory? Żeby sto profili kupiło ten sam jeden zestaw i ostatecznie wszystkie miały jednolity nalot? Jak sweterki na zębach po obiedzie? Chciałabym wyjść na balkon i krzyknąć do wciągniętych w ekrany użytkowników, żeby przestali robić to, co się ludziom podoba, co jest klikalne i modne, przestali robić remonty pod internet kosztem własnego stylu, zapomnieli na chwilę o dopasowaniu do feedu, o kubkach z kawą i światełkach, a zajęli się bardziej swoją osobowością.

Przyznaję- nie lubię pisać takich postów. Czuję, że stawiam się wtedy wyżej niż inni, bo ja nigdy nie użyłam żadnego filtru. Nienawidzę krytykować, uznawać własne wybory za jedyne słuszne, bo nie cierpię, kiedy inni to robią. Nie znoszę rozdawania niechcianych porad, uogólnień i słownych nadużyć, jakoby każdy, kto tkwi razem ze mną w social mediach, był tępakiem pochłoniętym ślepym zarabianiem i zaplątanym w lampki pustakiem, bo tak nie jest. Są ludzie, którzy w zhandlowanej do granic przestrzeni wirtualnej nie zapominają o sobie, swoich przekonaniach i wyborach. I to jest zajebiste, przesuper. Ale zanim da się je wyłapać, trzeba się trochę napocić, trzeba przewinąć cały ten hiszpański mainstream i Ozuny na youtubie, wytrzymać autotuny i presety, żeby znaleźć kogoś, kto jest do nikogo niepodobny. Wciąż we mnie tkwi to nienadające się do życia punkowe podejście, które neguje zachodnią cywilizację, konsumpcjonizm, tworzenie sobie nowej twarzy dla sławy i kwadratowego życia dla kasy. Social media zaszczepiły w nas jeszcze większą potrzebę bycia w tym, co jest teraz popularne. Dały nam to błogie uczucie płynięcia z prądem, że uff, liczę się, jestem w karcie na czasie, lubią mnie, 'chwalą mnie, jestem znany jak powszechna telewizja'. Ale wspólny mianownik jest jak unijny pomidor- jeden kształt, jeden kolor, tylko smaku trochę mało.

***

Do następnego.

Prześlij komentarz

17 Komentarze

  1. Dawno nie czytałam nic tak zajebistego, polać jej!

    OdpowiedzUsuń
  2. Czuję, że mam trochę na sumieniu..;) ale też czuje, że mam.podobne przemyślenia. Nie raz mylę konta, bo obróbka, treści, klimat zdjęcia jest ten sam 🙈 Podejście do presetow mam to samo 😉A byłam namawiana, żeby wypuscic swoje..Tyle że pewnie miałabym ze 2 jeśli bym je stworzyła.. haha Z drugiej strony , lubię ładne obrazki. I czasami też mam ochotę sobie takie właśnie instalacje popstrykac..Co zrobić... stanowczo jednak cenie konta, które idą swoją drogą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Iza, Ty akurat masz swój styl i to na pierwszy rzut oka widać! Każdy będzie wiedział, że to Twoje mieszkanie i Twoje zdjęcia, belive me.
      Ja też bardzo lubię popatrzeć, prawda jest taka, że to aplikacja głównie obrazkowa, więc najpierw, wiadomo, się patrzy. Cenię jednak, jak ktoś chociaż sobie strzeli swoje zdjęcia wedle własnego uznania, a nie kupuje gotowce, kompletnie to do mnie nie przemawia. Mieć takie same zdjęcia jak ktoś działa dla mnie na minus, nie na plus, heh.

      Usuń
    2. Dzieki Paula . I masz rację, gotowce do mnie też nie przemawiają . Ale są pewne plusy, że tak dużo kont jest do siebie podobnych. Mniej do obserwowania. Wystarczy jedno najlepsze z mnóstwa takich samych. ;)

      Usuń
  3. Zgadzam się, nawet się ostatnio dowiedziałam, że jest takie coś jak presety i że to sie kupuje za ciezkie pieniadze i ze sa na to jakies trendy i mody.. Sama od niedawna szukam dla siebie jakiegos filtra, uległam presji spójnego konta, bo jednak przez nie sprzedaje, a podobno spójność daje szansę na więcej obserwatorów i już mi sie ta spójnośc po nocach śni, bo nagle mi sie wydaje ze wszystko jest niespójne i do dupy i trzy razy dziennie mam ochote to konto w ogóle kasować.. a przed wrzuceniem zdjecia na insta histerycznie rozważam, czy aby bedzie pasować i zawsze jestem niezadowolona, ze to jednak nie to..I już nie wiem kiedyś mnie cieszyło prowadzenie instagrama, teraz to udręka.. No i tez zauwazyłam, że wszystkie polskie mieszkania pokazywane pokazywane w sieci sa takie same i juz mam przesyt ich ogladania.. Tzn są fajne, ładne i cool, ale wszystkie na jedno kopyto, te mebloscianki, te galerie, te tapety, te kolorki, wszystko pod ten sam schemat (nawet łamanie schematów jest schematyczne), brakuje jakiegoś oddechu, rozmachu i pojechania, no ogólnie jakiegos zaskoczenia i innego spojrzenia, żeby moze takie bardziej seksi były, no nie wiem.. Jestem w stanie bezbłednie rozpoznac, które mieszkanie jest polskie a które zagraniczne.. No oczywiście swoje też mam pod to samo kopyto, nie wiem, może baroku jakiegoś dodam, czy coś.. czy czego może dodać, żeby było inaczej?:) pozdro, Karolina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie przed chwilą tłumaczyłam Staremu, o co biega z tymi presetami, hehe.
      No tak, ta sławna spójność.... Każdy w jakimś stopniu czemuś ulega w social mediach i to mnie strasznie denerwuje, bo ja też mam takie myśli, na przykład o której wstawić które zdjęcie itp. No bez sensu! Też ostatnio to dla mnie jakaś udręka. Że trzeba to i tamto, ludzie udzielają jakichś korepetycji z instagrama, no kurde. Gdyby to nie było jakieś powiązane z blogiem, rzuciłabym w cholerę, bo kocham blogować i tu przynajmniej robię, co chcę haha.

      Co do mieszkań, to była przez chwilę ostra jazda na scandi, która mnie dobijała, teraz jest trochę odwrót, więc i tak jest lepiej. Wiesz, ja wychodzę z założenia, że jeśli ktoś robi chatę sto pro zgodnie ze sobą, to okej, nawet jeśli nuda czy tam scandi, ale najgorzej, jak robi pod aktualne mody i lajki, no kurde, instagramowa apka chyba aż tak nie powinna urządzać nam życia.
      Pozdrowienia :-)

      Usuń
  4. Ej, to opowiem Ci, jakie mieszkanie ostatnio widziałam w którejś z gazetek wnętrzarskich.
    Jeśli dobrze pamiętam, para wybudowała sobie dom, nowoczesna bryła, rozmieszczenie okien, elewacja, itd. W środku podłogę w salonie wyłożono czymś, co wyglądało jak najtańszy szary gres z Castoramy. A na tym postawiono komplet białych mebli a'la ludwik xiv. Masakra. Albo projektant wnętrz płakał, gdy projektował, albo płakali właścicieli, gdy mu płacili.

    Hersychia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Heh, no, wiesz, najważniejsze temu, kto tam mieszka ;-)

      Usuń
  5. Na Twoim blogu zawsze można przeczytać coś ciekawego, dzięki za ten post!

    OdpowiedzUsuń
  6. Super wpis, też to widzę. Mieszkania Twojego i Izy nie mylę z pewnością. Fakt, że to powielactwo męczy i nudzi. Przyznam, że myślałam nad tzw spójnością( czytałam o niej), ale machnęłam na to ręką, bo robię jak uważam i nie wiem, co z tego wyjdzie.Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja właśnie w ostatnich dniach dostałam pewnego kopa od IG - dużo by pisać. W każdym razie okazało się, że moja spontaniczna autentyczność jest do bani i dlatego mam mało "folołersów" ;) A poszło po prostu o lajki. Nie rozumiem pojęcia "spójność konta" i po co ona komu?!? Nie kumam kont z tysiącami obserwatorów, na których wszystkie zdjęcia są jakby takie same i z kubkiem z kawą (i to nie jest profil kawiarni)... Jestem na IG, ale jak to się teraz mówi " nie umiem w Instagram"...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie patrz na obserwatorów, teraz na szczęście też nie widać już lajków. Najlepiej, jak każdy prowadzi swoje konto w zgodzie ze sobą- Ty też tak rób, nic pod ludzi, lajki i widzimisię każdego. Ludziom nie dogodzisz- gdyby robić wszystko tylko jak inni by chcieli, byłoby się nikim. Krzanić takie coś!

      Usuń