Remont w 48 godzin.


Że tak powiem, przytaczając tym samym telewizyjny program o stopniu zaufania niższym niż wyborczy sondaż. Czy w dwa dni można uporać się z malowaniem, przemeblowaniem, szpachlowaniem, skrobaniem i autorskim tworzeniem kolorów, a przy tym nie wypomnieć sobie nawzajem wszystkich życiowych win, poczynając od niewinnych studenckich flirtów? Jak to mówi Stary: moszna. Trzeba tylko pominąć tapetowanie.

Aktualnie moje chęci do remontów w skali od jednego do dziesięciu plasują się na tym samym miejscu, co pizza z jakby szynką w takim jednym lokalu, do którego kiedyś przypadkowo trafiliśmy. Czyli na drugim z minusem. Przez cały rok, za przeproszeniem, dymałam z tymi meblami tam i z powrotem, machając przy tym pędzlem i w międzyczasie aparatem. Jestę wnętrzarsko wyczerpana, i to tak kuresko. Na dźwięk słowa 'metamorfoza' czuję się dokładnie tak samo, jak na brzdęk dentystycznych narzędzi mojej ortodontki. Pocę się, słabnę, a zęby same się przestawiają. Jestem przesiąknięta gruntem do drewna, a moje uda już przypominają wałki z castoramy. INAF. Bo wszyscy zginiemy. To, co zobaczycie na poniższych zdjęciach, to jest ostatnie malowanie w tym roku (mam nadzieję, że i dłużej). Jeszcze jakiś remont i będę gryzła, a założę sobie do tego celu metalowy aparat, coby było dotkliwiej. Choćby mi płacili miliony japońskich japyrdoli, będę krzyczeć jak Helenka na temat zostania dzień dłużej z Piotrusiem: NIE! NIE! NIE!

Wczorajsza niedziela i poprzedzająca ją sobota były jakimś nadludzkim spięciem w wykonaniu mojego bladego i totalnie zniechęconego do ruchu tyłka. Takiej spiny nie doświadczyłam na zumbie, na którą nikt już nie chodzi, ani nawet na widok inkasenta z gazowni. Starałam się przypomnieć sobie wszystkie motywacyjne plakaty, które są tak durne, że aż prawdziwe, szukałam wywiadów z Grzesiakiem, ale jego jednostajny głos prawie mnie ululał, w końcu miałam plan poczytać instagramowe energy- posty Lewandowskiej, ale ostatecznie stwierdziłam, że to wszystko mogłoby mnie przerosnąć. W efekcie Stary jak zawsze rozwiązał sprawę, wciągając swoje skulkowane dresy, biorąc głęboki wdech i mówiąc: dobra kurwa chodź. Dziękuję Ci, menżu, po stokroć. Jesteś świeżą cebulą na mym czerstwym bajglu.

Ściana w tak zwanym livingu, który znowu stał się jadalnią, została brutalnie pozbawiona mapy, gdyż moja aktualna estetyka jakoś nie mogła z nią dłużej żyć pod jednym dachem. Plan na ścianę tworzyłam w mojej obłąkanej wyobraźni trzy tygodnie, rysując tam jakieś kosmiczne kwadraty i zahaczając nimi o grzejnik, potem projektując murale, których nikt by mi nie namalował, wreszcie widząc siebie stawiającą czoło swoim traumom z dzieciństwa i wylewającą nań cały kubeł ciemnej cieczy niewiadomego pochodzenia. Skończyło się zwyczajnie, aż wręcz banalnie, jak przeceniony kryminał ze Stokrotki: pod wpływem niezidentyfikowanego bliżej impulsu zlałam wszystkie resztki z piwnicy w jedno wiadro i wymieszałam to patykiem, uprzednio wycierając go z psiej śliny. I dlatego właśnie nigdy nic wcześniej nie projektuję, bo to nie ma sensu. Najgorzej, że kolor wyszedł idealny, nie za zielony, nie za szary, taki trochę wojskowy plecak. Idąc za tak zwanym ciosem, zrobiliśmy nawet trochę przecierek w stylu loftowej pleśni i starych zacieków, bo ja lubię takie kobiece dodatki, niestety wszystko wyschło i żadnego efektu, ale chociaż kolor pozostał. Przyjdzie jeszcze coś fajnego wiszącego na tą ścianę, ale to za kilka dni. Tymczasem, jak zawsze nadmiernie, obfociłam tą strefę, uwaga, before & after są dość szokujące. Wytrwajcie jednak, bo niżej pokażę, co jeszcze zrobiliśmy z tym kolorem. A, no i w roli dywanu występuje teraz wełniana narzuta z lumpeksu, bo kto zabroni.
















Tak bardzo poniósł nas sobotni melanż, i to bez procentów, że pomalowaliśmy też sufit nad kuchennym aneksem. Jeszcze nigdy nie miałam kolorowego sufitu, podchodziłam do tego jak kiedyś do tofu, wąchając i oglądając, czy to się w ogóle uda, czy to będzie jadalne i smaczne, ale byłam już tak bardzo nakręcona pinterestem oraz wizją niemalowania już niczego przez co najmniej najbliższe pół roku, że chlapnęliśmy. O jakże ja jestem zaintrygowana tym efektem, czuję się trochę jak pod jakąś antresolą, ale ostatecznie podoba mi się, nie czuję, żeby mi coś spadało na łeb, ale może to też przez fakt, że rozjaśniliśmy ten kolor odrobiną białego i jest tu tylko jedna warstwa. Powoli zaczynam się nieśmiało określać Królową Leftover, uprawiającą dizajn w oparciu o piwniczne resztki.







Tak naprawdę nasz ostatni w tym roku remont jest powodowany jedną szykującą się fajną rzeczą, więc czymajcie kciuki, coby się ona udała.

Do następnego!

Prześlij komentarz

8 Komentarze

  1. Nosz aż mnie brzuch boli co się uśmiałam 🙈✌️ ale farbę do kuchni mnieszalam tak samo tylko bez psiej śliny, za to łyżką do zupy 😂 kolor Ci wyszedł 🙌

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie wiem czy lepiej piszesz czy tworzysz niezidentyfikowane kolory :-D

    OdpowiedzUsuń
  3. Normalnie musiałam wejść i przeczytać o patyku z psiej śliny, a tu w gratisie jeszcze kobieca, loftowa pleśń. Czy ja już kiedyś pisałam, jak bardzo Cię uwielbiam?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pisałaś, owszę, ale drugi raz nie zaszkodzi! Haha <3

      Usuń
  4. Jesteś mistrzynią dobierania detali. uwielbiam to.

    OdpowiedzUsuń