Wnętrzarska dekada jak huragan i moje najlepsze łupy minionego roku.


Zazwyczaj grudzień jest miesiącem zwyczajnych podsumowań: gówno schudłam, nadal nie celebruję poranków, a Masterchef wcale nie odmienił mojego życia, już prędzej zrobił to komornik. Normalka. Tym razem jednak jest inaczej. Powietrze jest naelektryzowane jak w Sylwestra '99, kiedy wszyscy tuż przed północą wstrzymaliśmy oddech przed zapowiadanym wybuchem wszystkich komputerów i następnie atakiem gigantycznych meteorytów wypełnionych sarinem, przed którymi nie obroni nas nawet Bruce Willis. Niestety nic się nie wydarzyło i pierwszego stycznia dwutysięcznego roku trzeba było wyjść z piwnicy i przepraszać w myślach tych wszystkich, którzy w naszej grząskiej wyobraźni już kompulsywnie miotali się w słodkich oparach sarinu.

Znowu coś się kończy, a jest to dekada, w której niepodzielnie królowali histeryczni, ubrani na różowo millenialsi (czytaj: ja i moje pokolenie). Na Wasze szczęście nie będę dziś uskuteczniać żadnych społecznych wywodów, choć bardzo mam na to ochotę, mam tylko nadzieję, że kiedy ja będę sylwestrowo wywijać kapciem przy Martyniuku, nie pierdolną w tym czasie komputery i nie będę zmuszona roznosić mojego papierowego życiorysu po urzędach w poszukiwaniu etatu. A tego naprawdę byśmy nie chcieli- sfrustrowana ja to byłby legendarny pogrom petentów. Nawet ulgi podatkowe ani zwroty na dzieci Was nie uratują. Co bym jednak chciała dziś napisać, to to, że miniona dekada to był jakiś huragan również pod względem wnętrzarskim. Panie, co to się działo! Nawet Stary wziął się za malowanie, więc może jednak czeka nas jakaś zagłada.

A zaczęło się tak zwyczajnie, kochaliśmy chromy, wenge i fiolet, czyli to, co nam przeszło z lat wcześniejszych. Dobrze było. Ale to była tylko cisza przed burzą. Przed śnieżną burzą. Przed bestialskim nalotem zimnych Szwedów i wszystkiego tego, co ze sobą przynieśli, a raczej co zmietli- kolor wszelaki. Potop szwedzki numer dwa, jednak tym razem nie było jeńców. Zginęliśmy pod falą skandynawskiego mrozu, pogrążeni w bieli jak kolumbijscy pakowacze kredy, która wpłynęła właśnie do gdyńskiego portu, wywołując przy tym niemały szok, że kreda może dawać takiego kopa, w związku z czym bierzemy ją- w klasie maturalnej będzie jak znalazł. Przez chwilę wszystko było tak białe, że zaczęłam obawiać się o swoje oczy, a nawet o swoją wątrobę- podobny efekt daje czasem ta z czerwoną kartką. Już nawet pogodę przejęliśmy z sukcesem. W Wielkanoc rzucaliśmy śnieżkami, na grillu odmrażaliśmy dłonie.


Potem nagle przyszło otrzeźwienie. Odwilż jakby. Szok swoisty, coś na zasadzie tego uczucia, kiedy obrazki z Jezusem nie pomogły i babcia jednak nie przepisuje mieszkania Tobie tylko sąsiadowi z dołu. Otóż magia się stała i znowu pojawił się KOLOR. Początki były nieśmiałe, jakaś poduszeczka na igły, ręczniczek do rąk, jasnoróżowa buteleczka lakieru do paznokci. Pierwsze lampki w kolorze ciepłej bieli podobno rozwaliły cały algorytm na insta. A potem już poszło. Przypomnieliśmy sobie, że my przecież groszkowe lamperie mamy we krwi, że nikt tak nie potrafi w fototapety z lasem, miksowanie oranżu z turkusem i w tygrysie narzuty, znieśliśmy paprotki z rodzinnych domów i tak się akurat złożyło, że do akcji w liściastych oparach wkroczyło boho. Potem było jeszcze lepiej- połowa narodu wyrzuciła pieczołowicie zbierane katalogi z Ikei i czule jęła odnawiać stare fotele z okresu, kiedy oranżada była tylko na kartki, a pierwsze banany jadło się razem ze skórą. PRL, zwany na na świecie mid century modernem, porwał nas niczym wczesny Stachursky i od teraz wszystko na wąskich nóżkach stało się społecznie akceptowalne. Do tego koniecznie granat, złoto i jakiś fikus.


Kolorowe szaleństwo boho, elegancki design z połowy wieku i grupa osób, która została w skandynawskiej zaspie- tak żeśmy się podzielili. To był prawdziwy wnętrzarski rollercoaster i to bez aviomarinu. Medale temu, kto dawał radę malować z pomarańczu na biało. A co jest teraz, co będzie potem? Wypadałoby jakoś podsumować. Stan planety i ekologiczne zagrożenie jest wyznacznikiem tego, co będzie teraz. Rozsądek w kupowaniu, naturalne materiały, dobra jakość na dłużej, mniejsza pogoń za trendem, recykling, upcykling, rzeczy używane. Zmęczone technologią i przebodźcowane zachodnie społeczeństwa będą szły w stronę barw Ziemi, tworząc w swoich domach swoiste oazy wizualnego ukojenia. Urban jungle na pewno jeszcze z nami zostanie. A wywróżyłam to wszystko z torebki po herbacie lipton, więc markujcie moje słowa- tania nie była.

Rok 2019 był dla mnie dobry pod względem łupów. Przygotowałam małe zestawienie tego, co udało mi się złowić i z czego jestem wyjątkowo dumna. Bo ja nigdy niczego nie szukam, wszystko jakoś samo mnie znalazło.

MEBLE





Żaden mebel nie pochodzi z sieciówki i cieszę się z tego. Meble, które się powtarzają, z jednej taśmy, które widać wszędzie i które każdy zna, nie dają mi satysfakcji. Nie kręcą mnie. Nie są sexy. No chyba że jakieś ręcznie ciosane, to owszę, chętnie przygarnę. Lubię rzeczy unikatowe, ciekawe. Lubię, jak są trochę inne, dziwaczne. Moim łupem numer jeden jest czarna skórzana kanapa, którą kupiłam za 150 zł na olx- jest przepiękna, super wygodna. Miłością pierwszą kocham też mojego beżowego pampuszka, o którym pisałam TUTAJ. Z kolei w miniony weekend ustrzeliłam drugi fotel, zupełnie za darmo- granatowy z kremową wstawką, półokrągły, w idealnym stanie. Zaprawdę powiadam Wam: trzepcie dział 'oddam' na olx, naprawdę warto. Idealnie komponuje się z moją aktualnie ulubioną paletą- bordo, granat, beż, zieleń, czerwień i czerń. Super łupem jest też stół na jednej nodze, którego drewniany blat jest opatrzony blaszką G Mobel Sweden (więcej pisałam o nim TUTAJ), do niego krzesła z oryginalnym oparciem i bordową tapicerką. Ostatnim łupem jest kaszubska dębowa nadstawka, która stanęła między schowkiem a kuchnią- boskość.




NARZUTY



Taką mam zajawkę, że szukam innych przeznaczeń dla tradycyjnych przedmiotów- takie tam hobby dla bezdzietnych. To, że pralka występuje u mnie w roli schowka na książki, to jedno, ale że narzuty i kilimy zaczęły robić u mnie za dywany, to już zupełnie inna bajka. Wpadłam na ten pomysł, kiedy trzepałam asortyment różnych duńskich marek i ujrzałam cienkie bawełniane dywaniczki po trzysta złotych. O HO HO, tak się nie będziemy bawić. Peerelowskie narzuty okazały się bardzo wdzięcznym substytutem, nie mówiąc już o ile tańszym. I tylko przy odkurzaniu jest trochę rzucania mięsem, a tak ogólnie to spoko.

WAZONY








W roku 2019 zauważyłam, że owładnęła mną bliżej niezidentyfikowana miłość do wszelkiej maści wazonów- od tych mini tycich, przez niewiadomego pochodzenia amfory i dzbany, po wielgachne wazoniska z Łysej Góry. Nowym nabytkiem jest metalowa kanka ze złomu w bordowym kolorze. Nie mogłam się też oprzeć i kupiłam w H&M Home beżowy wazon o organicznym kształcie (to ten, co stoi w livingu na stoliku z palety). To jest, mili Państwo, TEN beż. I TA forma. No i czy Wy widzicie TEN mat? Moje czoło nie doświadczyło takiego matu nawet po przylepieniu wszystkich bibułek matujących z sefory.

SZMARAGDOWA ZIELEŃ





Krzanić Pantone'a, mam swoje osobiste kolory roku. Zieleń szmaragdowa to był mój kolor 2019 i tylko ja wiem, jak strasznie ciężko znaleźć cokolwiek w TEJ zieleni, kiedy wszystko jest butelkowe. Dlatego super się cieszę na moją lampę, która do złudzenia przypomina tą FLY od Kartella, literę Pe, której każdy mi zazdrości na Instagramie oraz stojak sklepowy, który nie ma żadnego większego zastosowania (poza trzymaniem kilku gazet), ale jest dokładnie w TEJ zieleni, więc kocham.


***

Praktycznie wszystko, co złowiłam w tym roku i z czego najbardziej się cieszę, jest albo stare, często darmowe, a więszkość używana. I dobrze, i niech tak zostanie, rozsądek, przykład i ekologia. No chyba że znajdę w końcu tą ulicę, którą szła J.Lo w teledysku do 'Love don't cost a thing' i pozbieram, co tam nawyrzucała. 

Do następnego!

Prześlij komentarz

18 Komentarze

  1. Uśmiałam się, uwielbiam jak piszesz. A łupy boskie, najlepsze fotele!

    OdpowiedzUsuń
  2. Fotele są mega: i pampuszek i nowy nabytek. Nie wszystko u Ciebie przemawia do mnie w stu procentach, ale uwielbiam Twoje mieszkanie za to, że żyje żyje razem z Tobą. Kiedy coś Ci się znudzi lub znajdziesz coś innego, lecisz ze zmianą, jak huragan. BTW: litery P też Ci zazdroszczę, a co?!

    OdpowiedzUsuń
  3. Kocham Twój dywan i pragnę go, powiedz mi czy mogę go jakoś zdobyć czy to łup jeden na milion?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak napisałam w poście- to kapa na łóżko z PRL ;-)

      Usuń
  4. Haha, dopiero dotarło do mnie, że faktycznie mid century modern :D To taka nazwa premium :D
    Uwielbiam jak piszesz <3

    (ola_sweethome :*)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No nie? Wszystko to samo, ale nasze nazwy nigdy nie są takie fancy :-D

      Usuń
  5. Wszystko to przerabiałam. Fiolet, obrzydliwe wenge i szpitalną biel ze skandynawi. Teraz czas na kolor tylko tak z umiarem, bo boho dla mnie zbyt ciężkie i oczopląsów dostać można;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja miałam jazdę na fiolet, na wenge na szczęście tylko na chwilę w ramach jakiegoś stolika, to się szybko pozbyłam :-P Też nie lubię takiego boho na maxa, najlepiej lubię wszystkiego po kawałku :-)

      Usuń
  6. Ale to jest DOBRZE napisane, uwielbiam!

    OdpowiedzUsuń
  7. Świetne pomysły Ja też uwielbiam takie eksperymenty

    OdpowiedzUsuń
  8. Powinnam teraz spytać: A kapcie skąd ? ;) Super post i świetne podsumowanie :)

    OdpowiedzUsuń