Człowieku, walcz z densflorem! Nawet w karnawale.


Są takie artykuły w sieci, które wyliczają nasze największe wnętrzarskie porażki, błędy i dziwactwa. A że Polacy lubią brąz (i to nie tylko dziewczyny), że zieleń jebitna króluje, beż i paździerz. Że mamy w sobie niewytłumaczalną potrzebę fototapety, koniecznie z wizerunkiem karaibskiej plaży, lubimy poliester, Ikeę oraz wszystko, co drewno- oraz cegłopodobne. Nikt, ale to nikt jednak nigdy nie wspomniał, jak bardzo my kochamy tańczyć.

Czy to sylwestrowy Zenek Martyniuk, którego mój pies boi się bardziej niż huku petard, czy może Maryla w lateksie. A może jednak Goran i jego południowe weselne hopsztosy? Stary mówi, że winne jest dwieście osiemdziesiąt pięć edycji Tańca z Gwiazdami. Demyt. Nie potrafię dojść do solidnego źródła, nie mam żadnych przypisów ani cytatów, a mój promotor zawsze mi powtarzał, że nie mogę tak po prostu jawnie rżnąć z Wikipedii, muszę podać choć jedną książkę. Biorę więc wszystko w jeden worek i na podstawie własnej empirii podsumowuję: Polak kocha densflor. Kocha bardziej niż schabowego z kością i Zatokę Pucką latem. Najgorzej jednak, że nie mogę poprzeć tej hipotezy żadnym dowodem. Na każdej imprezie widzę bowiem tylko dzikie, nieskładne podskoki. Góra-dół, góra-dół, gleba i od nowa. W Opolu dostrzegam ręce w górze i ruch na boki: bum-cyk-cyk-bum-cyk-cyk. Czasem, na jakimś meczu, jak Lewy postanowi, że dziś gra, no to zdarzy się fala. Poza tym nic. Żadnego pasodoble, żadnej czaczy. Zero kroków, zero seksu, zero rumby. Kinga Rusin pokazała, że densflor to ogień. Małgosia Foremniak udowodniła, że densflor to żar. A tu nic, jeno kapeć szura. Nie rozumiem. Nie widzę walca w święta, poza tym, który tworzy się z brzucha. Wniosek jest jeden: mamy densflory, ale wcale nie ćwiczymy. Sad but true.

Po co nam te densflory- zastanawiam się dzisiaj, jako że karnawał nastał. W moim bloku jednak cisza sromotna. Puzzli podobno już nikt nie układa. Bali się nie wyprawia, klubów gospodyń nie organizuje. Nawet moja wspólnota spotyka się w piwnicy. Już nawet wenge porzucamy z sukcesem. A densflor pozostał. Ostatni bastion rodzimego wnętrzarstwa. Układ fotel-stół-fotel-densflor-telewizor to jak stały wzór matematyczny- kto go wymyślił, niech się zgłosi do Komisji Noblowskiej, wszak coraz więcej w niej naszych. Może densflor miał być namiastką przestrzeni w małym blokowym lokalu? Wszak pusty środek niejako wskazuje na nadmiar miejsca. Gorzej z tymi podpartymi ścianami wokół, obstawionymi wszystkim, czym się da. Stłoczone wzdłuż ścian meble przypominają mi moje dyskoteki w podstawówce- chłopacy stali niczym te regały i szafy, niezdolne do wyjścia na parkiet. Tylko dziewczyny jak zawsze ratowały klasowy honor. Tak samo jak wielki wzorzysty dywan.

Do czego więc służy ten densflor, próbuję dociec, poza tym, że powoduje źle rozplanowaną przestrzeń. Że przez niego dopiero nic się nie mieści. Że wszystko musi być małe i wąskie albo wysokie, do samego sufitu. Że koniecznie wolna i niezmącona musi być ta droga od kanapy do wuce. Od fotela do lodówki. Nic nie może stać na drodze jak Voldemortowi. Żadna dekoracyjna misa, żadna sofka, żaden puf. Żadna wysepka, leżanka i stół. Wszystko, co stanie na drodze, zostanie unicestwione, bowiem, jak to mówił mój ulubiony wieszcz, Kazimierz Pawlak: 'się tylko potknąć się'. Środek mieszkania jest... tlenem, po prostu. Filozoficzna pustka na stopy. Dlatego dziś niosę noworoczne przesłanie: walcz z densflorem, człowieku. No chyba że zamierzasz przez najbliższy miesiąc tańczyć ze swoim starym jakieś spocone układy z Dirty Dancing, no to ja już nie wnikam.











źródło: turbulences-deco.fr

Do następnego :-)

Publikowanie komentarza

16 Komentarze

  1. Patrząc po mieszkaniach moich znajomych, to DENSFLOR jest wykorzystywany jako bawialnia dla dzieci ;) Mimo, że mój salon powstanie dopiero w drugiej połowie roku już toczę z małżem swym wojny - on twierdzi, że taka "PRZESTRZEŃ" to must have każdego domu, ale sam nie wie, dlaczego. W końcu dzieci nie mamy. Może zmieni zdanie po lekturze tego artykułu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, no właśnie, wszyscy zwalają na dzieci :-D Walcz, bo podłoga to skarb!

      Usuń
  2. Haha, jak zawsze w punkt. Są densflory, oj są!

    OdpowiedzUsuń
  3. Jaki cudny post na poczatek roku !
    U mnie na densflorze najczesciej suszarka z praniem gosci, co czasem sprawia problemy z goszczeniem gosci.Lazienka denslor ma za maly,zeby tam ja stawiac, a do elektrycznych suszarek podchodze jak pies do Martyniuka ( ogon pod siebie i skowyt :)
    Dosiego roku wszystkim !
    AzB

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Suszarka to ZMORA ŻYCIA.
      Pozdrowienia!

      Usuń
    2. Oj tak, zaraz po jednej z najbardziej idiotycznych rzeczy czyli prasowaniu :)

      Usuń
    3. Toteż ja go właśnie nie uprawiam wcale :-D

      Usuń
  4. A czy nie uważasz, że stawianie mebli pod ścianami wynika po prostu z metrażu mieszkań w Polsce? Zdjęcia, które prezentujesz przedstawiają duże pomieszczenia, w których może stać na środku wszystko (wyspa, ława, łóżko, fotele i co tylko sobie zamarzysz), a i tak jest miejsce, żeby się pomiędzy nimi poruszać.
    Natomiast w pokoju dziennym w blokowisku, który wieczorem staje się przeważnie sypialnią rodziców sofa stoi pod ścianą, bo musi się rozłożyć na pokój. Gdzieś trzeba odłożyć poduchy z tej sofy. A musi być w miarę dobre dojście do rozłożonej sofy (w nocnej wersji - do łóżka), bo w nocy może trzeba będzie wstać do dziecka i dobrze by było nie obić sobie nóg o inne meble.
    Przyznam szczerze, że projektując znajomym salon z jadalnią i kuchnią, które to łącznie mają taką powierzchnię jak moje mieszkanie ustawiłam wielki narożnik na środku części dziennej. Bardzo są z tego zadowoleni i mnie to ustawienie bardzo się podoba. Ale u siebie mam meble pod ścianami - z konieczności. Po prostu.
    I miejsca, które pozostaje po środku nie nazwałabym densflorem tylko po prostu ciągiem komunikacyjnym.I ten ciąg często nie daje możliwości, żeby w tym miejscu tańczyć.
    Być może nie mam poczucia humoru, ale nie podoba mi się takie wyśmiewanie z warunków mieszkaniowych innych ludzi. Pewnie w wielu wypadkach można byłoby podpowiedzieć inne rozplanowanie powierzchni, bardziej funkcjonalne. Ale na pewno nie na środku, na pewno nie odsunięte meble od ścian.
    A o uroku miejsca, w którym mieszkamy nie świadczy sposób rozstawienia mebli, tylko design. Tyle.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj, Anonimie!
      Wiesz, po pierwsze, zawsze zalecam trochę dystansu do życia - naprawdę łatwiej się żyje ;-) Urządzanie wnętrz to nie powód do takiej spiny, serio :-) To tylko ławki i fotele.

      Po drugie, pisanie rzeczy w stylu 'wstawanie w nocy do dziecka' albo 'wyśmiewanie warunków życia innych ludzi' to już trochę demagogia, nie uważasz ;-) Lepiej nie kreować sobie w głowie czegoś, czego tu nie ma, to na dłuższą metę może być groźne. Znam z autopsji trzydziestometrowe pokoje, na których króluje dywan cztery na pięć. I tylko dywan. Nie piszę tu o jakichś kawalerkach, plis. Z powietrza nie wzięłam :-)

      Po trzecie, nie jestem projektantem i dlatego to zawsze będzie dla mnie densflor ;-)
      Ciągi komunikacyjne, trójkąty robocze, ulubioną funkcjonalość i płytę MDF zostawiam Wam ;-)

      A o uroku miejsca, w którym mieszkamy, świadczy wszystko- kolory, dodatki, ustawienie mebli, no i osobowość właścicieli- a nawet najbardziej to ostatnie. Chociaż może i design też świadczy, ale, idąc Twoim tokiem myślenia, nie każdego stać przecież na design... ;-)

      Dziękuję za opinię, pozdrawiam i dobrego dnia!

      Usuń
    2. Paula nie przejmuj się, kogoś chyba ciśnie guma w majtkach 🤭

      Usuń
  5. Ja kiedyś miałam kanapę na środku pokoju i wcale nie miałam hektarów na metrażu ;) Piękne to były czasy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo do tego wcale nie trzeba mieć wielkich metraży. Wystarczy nawet spojrzeć, jak małe przestrzenie aranżuje Ikea- tam nigdy nie ma nic upchane po ścianach, bo 'tak wynika z metrażu mieszkań', wręcz przeciwnie, czasem więcej jest na środku iż w narożnikach :-)

      Usuń
  6. Tekst jak zwykle cudowny. Też uważam, że stawianie wszystkiego pod ścianami i ołtarzyki wokół ogromnych telewizorów (i tu nikomu mały metraż nie przeszkadza) to główne grzechy polskich wnętrz. A co do tłumaczenia wszystkiego dziećmi to już klasyk. Nie mam/ nie robię czegoś, bo mam dzieci...

    OdpowiedzUsuń