Pokochaj zieleń, której nikt nie kocha (oraz lampa z rybackiej siatki).


Zawsze jestem pod wrażeniem, jak marketingowcy farbiarskich marek potrafią określać swoje kolory. Te wszystkie Chłodne Zachody Słońca Nad Sekwaną, Nefrytowe Miłości Znad Wiosennej Łąki. Czuły Oddech Lata Na Spoconym Czole. Aksamitny Dotyk Jedwabnych Majtek. To już nie są zwyczajne kolory, to całe doznanie, dreszcz wspomnienia pierwszego razu. Przesz nie napiszą po prostu 'jasny niebieski'. To takie... zwykłe. Płaskie jak zdjęcie bez presetu.

My, zwykli obywatele, mamy natomiast swoją nomenklaturę kolorów. Nie jesteśmy tak odklejeni. My, ludzie ulicy, mamy swoje określenia, których nauczyło nas życie. A życie to nie bajka. Zycie to nie Sensualna Pieszczota Pszenicy. Życie to nie Ekskluzywny Szmaragd Z Cypryjskiej Skały. Życie to Oziębły Skurwiel. I dlatego my, szarzy ludzie ulicy, mamy swój własny i bardzo osobisty stosunek do kolorów. Wśród nich jest taka specyficzna grupa barw, która nas niemalże jednoczy. Jest milion odcieni brązu- czekolada gorzka, mleczna, toffi, karmel, orzechowy, zimny, ciepły. A powiedz 'sraczkowaty'- od razu wiadomo.

To samo z zielonym. Jest zieleń zgniła, taka od butelki po lechu i jebitna. Reszta to jakieś odpryski, które można spotkać na łąkach, których już nie ma. Nikt nie kocha jebitnej zieleni. Nikt. Sama ostatnio rozmiłowałam się w beżu, ekhm, sorry, w Lnianej Rozkoszy Starego Obrusu. Są kolory porzucone, znienawidzone. Dlaczego nikt nie nazywa puszek Niekochane Wenge- to jest dopiero gra na emocjach. Ja bym brała, ze zwykłego człowieczego odruchu. Empatii. Chodź, biedaczku, Paula cię użyje [wychodzi, czule głaszcząc wieko przy piersi]. Albo, dajmy na to, Fatalny Fiolet. Człowiek przekorny weźmie, tacy nie lubią tego, co reszta. Taki weźmie to, co innych odstrasza, żeby zrobić na złość. To są kolory z charyzmą, bad boys. Czy taki Brudny Harry nie byłby idealnym 'brudnym' różem? A tak jesteśmy w krainie Landrynkowej Słodyczy Znad Pisuaru. Doprawdy, no aż mnie zemdliło.

Postanowiłam się zlitować i tak jakoś samo wyszło, że mój living rozpływa się obecnie w Jebitnej Zieleni. To jest ten kolor, który zawsze ląduje w szatniach albo klatkach schodowych. To zielony niekochany i trudny, jak dziecko w kryzysie dwuletnim. Swoją drogą, w pokojach dziecięcych też często ląduje. To jest ten odcień, na który ekipy remontowe programów telewizyjnych malują pokój, żeby wersja 'przed' jawiła się w ekranie jako jeszcze gorsza [no i pozbyliśmy się tej zieleni]. Tak się złożyło, że po zielonej narzucie wpadło mi w ręce jeszcze więcej tej zieleni. Na początku czułam się trochę, jakby mi ktoś podrzucił jednookiego kota pod drzwi, a ja, z grymasem na twarzy i niepewnością w sercu, oglądam się zatrwożona przez ramię, czy Franca tego nie widzi. Co by tu zrobić, żeby mi się podobało, ale żeby obserwatorzy nie uciekli. No i jest taki sposób- zwie się on 'ilości nieduże'. Zielony, który bynajmniej nie jest kolorem nadziei, lecz Straconym Bólem Oczu, naprawdę może być nieźle wkomponowany, może ożywiać, może grać z innymi. O ile tylko zapodane ilości nie zostaną przedawkowane.

PŁYTKI W KUCHNI


Już od jakiegoś czasu myślałam nad zrobieniem takiego małego paska nad płytkami w kuchni, żeby je jakoś tak zakończyć z przytupem. Przegrzebawszy olxy i pokłóciwszy się z dwiema osobami o ceny, skończyłam w obi, żeby zatrzymać się przy ostatnim kartoniczku dekoru, który przeceniono o osiemdziesiąt procent. Kartonik kosztował całe piętnaście złotych, kolorów wiele do wyboru, myślę więc sobie: ha, coś dla mnie. Sięgam do środka, wyciągam zielone. Nie że zielone zielone. TE zielone. Musiały zostać akurat TE zielone. Especially for me. Wzięłam, postanawiając w duchu, że rozprawię się z tym kolorem raz na zawsze. Kasjerka, widząc mój zwężony wzrok, dała mi jeszcze dziesięć procent rabatu.



LAMPA Z SIATKI NA RYBY


Po trzech latach blogowania pinterest nadal potrafi mnie wnętrzarsko wykończyć. Pewnego razu, gdy autobus znowu zawiesił się na szynach od tramwaju, mając dużo wolnego czasu i spiesząc się do domu tylko na Klan, trafiłam na dekoracje z rybackich siatek. Początkowo pomyślałam, że taka siatka to byłoby idealne wykorzystanie tych dziur, co je narobiłam w suficie i tak zostały, bo plany gdzieś się rozmyły. Potem pomyślałam, że taki zwis od tak, że sobie tylko zwisa, może nie mieć kontekstu, gdy tak się złożyło, że akurat nie mieszkam na Ibizie. Wtem trafiłam na inne zdjęcie, które przedstawia siatkę rybacką w środku z żarówką. Bingo! Stary, zakładaj kosmodisk, jedziemy do castoramy.


Ideałem byłaby jakaś stara siatka metalowa, ale ostatecznie jesteśmy w Polsce- tu królują masaże relaksujące, a nie tam ekwipunek rybaka sprzed stu lat. No więc nie znalazłam. Filtrując olx wzdłuż i wszerz, ukazała mi się jedna jedyna siatka na ryby. Tak, zgadliście. W TEJ zieleni. Plusem było to, że była nowa. Minusem, że pan chciał usilnie sprzedać mi jeszcze wędkę. Ostatecznie wręczyłam odliczone dwanaście złotych i uciekłam.

No więc pomysł jest zgapiony, wykonanie zaś banalne- oczywiście kiedy całą lampę kleci Stary. Ja tylko nawigowałam, czy szew nie idzie krzywo, niczym w tej pończosze. Poza tym resztę zrobił on, mój bohater, człowiek od siatek, rur, pędzli, szpachli, kołków, wkrętów i zabijania pająków.

No więc zwykła oprawka z żarówką wisi w środku siatki. Zrobiłam jeszcze taką pętelkę z kabla, efekt jest przedni. No i w końcu mogę obcinać tu paznokcie.




NARTY


Gdybym miała wnuki, wzięłabym je teraz na kolana i zaczęła opowieść starego wiarusa: ileż to ja w życiu nart miałam, koteńki... Żeby jednak mieć wnuki, trzeba najpierw mieć dzieci, więc zostajecie mi tylko Wy. No więc, ileż to ja już nart w życiu miałam, koteńki... Nie wiem, nie zliczę, choć nigdy nie miałam nart na nogach. Coś jednak jest w nartach, że wciąż chcę je stawiać, szczególnie jeśli ciągle zbieram je za darmo. Tym razem odebrałam od pani spod Gdańska takie fluo okazy. Widziałam już na olx, że to jak nic będzie TA zieleń. Ale po tych wszystkich narzutach, siatkach i płytkach, jedna więcej już mi nie robi.




Opływam więc teraz w zielony. Jest to Jebitna Zieleń W Przedawkowanej Formie. Najlepsze jest to, że jak mnie ktoś pyta, jaki jest mój ulubiony kolor, zawsze mówię, że pomarańczowy. I nawet piszę to w zielonym tiszercie. Chyba muszę powrócić do Freuda i jego dywagacji na temat podświadomości, bo moja najwidoczniej znowu robi, co chce.








Do następnego :-)

Prześlij komentarz

7 Komentarze

  1. Lampa genialna w swej prostocie 🙌🥳 czekam też na większą dozę tych płytek, boś poskąpiła 😏

    OdpowiedzUsuń
  2. Oziębły Skurwiel haha, o Boże się naśmiałam dzisiaj dobre

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja musiałam parsknąć na głos przy „stary zakładaj kosmodisk, jedziemy do castoramy” :D

      Usuń
  3. jak zwykle w punkt:) btw straszna ta zieleń:)))

    OdpowiedzUsuń