O tym, dlaczego żadnego filmu już nigdy nie obejrzę normalnie.


Wiele wydarzeń w życiu ma wpływ na nasze dalsze losy. Wszystko, co przeżyliśmy, zmienia nam spojrzenie na świat. Jak mawiają czarno- białe plakaty z sentencjami: jesteśmy sumą swoich doświadczeń. Przykład: całe życie śmiałeś się z chomika w kołowrotku, że gupi taki. Rano tam wchodzi, biegnie bez sensu przez osiem godzin, a potem pada i zasypia. A potem idziesz do pierwszej pracy.

Tak już jest. Raz weszłam do zatłoczonej windy, to potem zawsze już tylko schody. Raz zadarłam z osiedlowym żulem, potem już zawsze uśmiechałam się do wszystkich pijanych typów w kapturach, wprawiając tym samym Starego w chwile zadumy nad moją dwoistą naturą. Ale nie że tylko same wszawe doświadczenia mnie ukształtowały. Na przykład kiedyś raz pokochałam morze polskie na zabój i teraz już niezależnie od stanu zaparawanienia, zakubocenia, zajanuszowienia oraz zapetowienia wielbić je będę. Pokochałam lumpeks od pierwszej torby skórzanej w nim znalezionej i już do końca swoich dni będę tam zaglądać, choćbym tylko zapachem odkażacza nasiąknąć miała, a nic nie wygrzebać. Tak się też złożyło, że trzy lata temu blog założyłam, choć z powodów cierpiętniczych i raczej dla relaksu ciała ogólnego, ale okazało się, że zmienił on totalnie całe moje spojrzenie na wiele rzeczy.

Weszłam w to, mój mózg założył osobną szufladę i od trzech lat ciągle upycha w niej rzeczy do wytapetowania, napisania, opublikowania, wytworzenia, skomentowania i pomalowania. Kiedy chałupniczy kołcze mówią Ci: znajdź szerszą perspektywę, ty i tak wiesz, że już zawsze będziesz patrzeć na świat przez pryzmat kadru na Insta. Blogowanie zmienia życie, wierz mi, jestem już prawie big fat influencer (jeszcze tylko chwila). Wszystkim przerywam w połowie ich zdania, każę im czekać z dalszą myślą, bo muszę ją sobie od razu zapisać, żeby potem móc udawać w Internecie, że to ja jestem taka bystra. Nieustannie poluję na światło, chociaż moja babcia zawsze powtarzała, żeby nie iść w stronę światła. To wszystko jednak nic. Wszystko, co sobie wesoło robię w Internecie, najbardziej odbiło się na kinie. Na moim ukochanym kinie. Byłam kiedyś kinomaniakiem. Płakałam na filmach, żyłam życiem bohaterów, cieszyłam się z nimi ich sukcesami. Gratulowałam, współczułam, kochałam i porzucałam. Kres przyszedł rok od pierwszego posta. Oglądałam po raz dwudziesty siódmy Vicky Cristina Barcelona, kiedy nagle, podczas romantycznej sceny seksu na kuchennej podłodze, zobaczyłam dwa betonowe bloczki. Oto cały trud i znój Woody'ego Allena poszedł nagle w pizdu. Bloczki. To jest genialne!

Przedmiotowe bloczki. Że też akurat w takim momencie moją głowę zaintrygował beton.

Potem już było tylko gorzej. Ba, zdarzało mi się (żeby to raz), że pod wpływem filmu przestawiałam meble. Ba, w trakcie filmu już zaczynałam (Borze, błogosław kino domowe), olewając tym samym dalszą fabułę, zakończenie i generalnie w dupie z bohaterami oraz ich imponującymi metamorfozami na potrzeby filmu. Teraz już nie interesuje mnie, kto dostanie Oscara za rolę pierwszoplanową, teraz gratuluję scenografom, rekwizytorom, czekam na ich triumfy i dzięki temu mogę iść wcześniej spać, bo ich zawsze dają na początku jako tych najmniej emocjonujących. O, Akademio Filmowa! Żebyś ty wiedziała.

Nie umiem już w kino. Nie umiem się skupić, nie umiem wejść w sytuację. Łzy wyschły, empatia wyparowała z ostatnimi gilami. Mój wzrok przestawił się na drugi plan. Zamiast podziwiać muskulatury, wymodelowane pośladki albo wybitną mimikę twarzy, widzę fotel gdzieś w rogu pokoju i zaczynam scrollować olx. Nie umiem już w kino. Jeszcze daję radę przy scenach w plenerze, łażenie bez sensu nigdy mnie nie interesowało, czasem nawet udaje mi się jeszcze złapać chwile, kiedy siedzę tam z nimi, na trawie, odganiam komary czy inne mrówki, głaszczę lubego po policzku i prawie całuję ekran, lecz wtem kamera nagle robi myk, wszystko przenosi się do starej kuchni, gdzie pełno patelni miedzianych, kurde, miałam kiedyś taką patelnię w obserwowanych, gdzie ona była, może jeszcze znajdę na Allegro tego sprzedawcę... Nie umiem już w kino. Moi bohaterowie odeszli, zostały deski w idealnym kolorze antracytu, okna loftowe żeliwne, boskie szafki kuchenne i idealny pasek płytek nad blatem.

Spójrzcie tylko na tego nieszczęśliwie zakochanego biedaka z filmu Mario, no obraz nędzy i rozpaczy. Ale widzicie też ten pasek kolorowych płytek za nim? Fak, właśnie takie, TAKIEEEE!!!

Czy to blogowanie się do tego przyczyniło? TAK. Chcę ciągle zmieniać, ciągle ulepszać. Jestem w stanie spłodzić dużo samodzielnie, ale wszystkiego jednak nie. W okresach twórczej posuchy kino jest jak cudowna reinkarnacja. Siedzisz znudzony, nienawidzisz Instagrama, ludzie robią coś fajnego i cię to wkurza, bierzesz więc popcorn z czekoladą do łóżka i planujesz pielęgnować doła przy pomocy odpowiednio dołującego filmu (tak właśnie robię). Nastawiasz, jesteś już w klimacie, świat to czarna dupa bez żadnego sensu, ekologia jest dla biedaków, przesz i tak to wszystko zaraz pierdolnie, lecz wtem widzisz nagle wściekle zielone szafki i choćbyś chciał, choćbyś pragnął wypłakać się za nich i za siebie, już i tak wiesz, że to się nie skończy. Nie umiem już w kino. Nie starajcie się już, bohaterowie. Nie chudnijcie, nie golcie na zero. Nie uczcie się oczami gniewu wyrażać, nie katujcie. To nie ma sensu. Dajcie mi lepiej na koniec spis dekoracji.

Dwa dni w Nowym Jorku. Kocham Julie Delpy i jej jajcarskiego ojca, ale ten loft... TEN LOFT! Nauczyłam się dialogów na pamięć, żeby następnym razem skupiać się już tylko na cegłach.

Jedz, módl się, kochaj. Ten film nie należy do moich ulubionych, za to na tej scenie zawsze pauzuję. Włosi to jednak potrafią w żyrandole.

Annie Hall. Kocham wszystko, co stworzył Woody Allen. To mój idol, nikt nie wie o życiu tyle, co ten człowiek z charyzmą klowna. Ten film to aktorskie mistrzostwo Diane Keaton, ale nie powiem, te wnętrza z lat siedemdziesiątych... niekończąca się inspiracja (te fotele??!!).

Delikatność. Uwielbiam ten film. Francuzi najbardziej umieją we wnętrza, nic na to nie poradzę. Czasem wydaje mi się, że jakiś skomplikowany emocjonalnie Francuz z orlim nosem jednak zatrzyma mój wzrok na dłużej, ale niestety, płonne nadzieje. Pomarańczowe półki wygrały.

Ja, Godard. O borze drogi, nie oglądajcie tego filmu, jeśli zależy Wam na poznaniu czegokolwiek o życiu Godarda. Obejrzałam ten film raz, żeby nic z niego nie zapamiętać, zdecydowanie muszę obejrzeć drugi, żeby znowu nic nie zapamiętać. Tu jest TYLE WNĘTRZ! Vintage at its finest, w salonie mają nawet Chierowskiego. Plus ten kuchenny błękit. Dziś nastawiam. O Godardzie poczytam.

Her. Wielkomiejski loft neurotycznego głównego bohatera. Wielkomiejskie życie w najlepszym wydaniu. Oscarowy aktor, a mnie wciąż zastanawia, gdzie w końcu znajdę takie krzesło.

Vicky Cristina Barcelona. Raz jeszcze dekadencki klimat europejskiego lata, z idealną kuchnią, sypialnią i pracownią. I bloczkami z betonu.

***

Filmy z dobrymi wnętrzami w tle? Ktoś coś? Chętnie coś sobie dopiszę do listy.

Do następnego :-)

Prześlij komentarz

14 Komentarze

  1. To nie jest wina blogowania.Ja nie bloguję ani nie instagramuję ani fejsbuczę..To materializm:)Ja też z ogromnym zainteresowaniem wpatruję się w film i widzę tylko to co za plecami bohaterów...I to co mają na sobie...To miłość do artyzmu materii...Świat duchowy już mi się mocno znudził:)Ewa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, no nie wiem... Materializm brzmi jakoś tak pejoratywnie, a to nie zawsze o same rzeczy chodzi, ale też jakieś rozwiązania, ustawienia, styl życia i w ogóle :))

      Usuń
  2. Uwielbiam Cię czytać!!

    OdpowiedzUsuń
  3. Ha ha ha.... tak myślałam, że o tym napiszesz. Mam dokładnie tak samo. Ostatnio oglądałam chyba z 5 razy pewien głupawy serialik, aby pooglądać sobie wieśniacko-angielskie wnętrza.

    OdpowiedzUsuń
  4. Fajne filmy zapodałaś nie takie oczywiste, nie że kanapa z friends, mam ochotę obejrzeć tego Godarda

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem jedyną osobą na świecie, która nie kuma fenomenu friends, serio.
      Godard świetny, polecam.

      Usuń
  5. Ja uwielbiam wnętrza z serialu Mad Men, wszystko mi się tam podoba: meble, kolory, tapety, dodatki.

    OdpowiedzUsuń
  6. O, to ja Zwierzeta Nocy lubię z tego (chociaż z nietego) względu tez. Ta estetyka reżysera, który jest kreatorem mody po prostu wyłazi z każdego kadru.

    OdpowiedzUsuń
  7. Znam Stosuje Ja nawet reklamy oglądam dla scenografii Agnieszka

    OdpowiedzUsuń