Rekonstrukcja pokoju nastolatki, czyli z niczego nie wyrosłam.


Są takie frazy, które słyszałam w moim młodszym wcieleniu nader często. 'Zostaw ziemniaki, zjedz chociaż mięso', 'Ja się za ciebie uczyć nie będę', 'Jak chcesz, to twoje nerki' oraz 'Idź do koleżanek, nie bądź odludek', królowały w ustach w moich rodziców najbardziej. Jest jednak jedno takie wyrażenie, które wybitnie mi wciąż w uszach dzwoni i na które zawsze reagowałam równie alergicznie jak na moje siostry cioteczne z Giżycka: 'Wyrośniesz z tego'.

Tudzież 'Przejdzie ci'. Albo 'To minie, zobaczysz'. To trochę tak, jakby 'człowiek młody' stanowił inny gatunek niż 'człowiek starszy'. Przekraczasz magiczną granicę i nagle jesteś w jakimś innym mezozoiku, z nowym mózgiem i innym ciałem. Patrzę dziś skonsternowana na swoje nastoletnie nawyki, odsłuchuję kasety z nagraną przeze mnie osobiście listą Hop-Bęc (bite dwie godziny przy moim białym 'jamniku', z palcem wbitym w czerwony klawisz, bezcenne), przeglądam stare foty, na których mam te same bransoletki co aktualnie na ręku, a ściany oblepione plakatami z Popcornu. W rogu pokoju wisi pierwsze DIY- wisząca półka z paneli oraz liny żeglarskiej, przy łóżku piętrzą się powieści o narkotykach, a na fotelu siedzi pies uratowany przed wiejską zagładą. Mała szafa pełna rzeczy z ciucholandów, do których zaczęłam chodzić w ósmej klasie podstawówki i chodzę do nich nadal, często do tych samych. Weekendy wolne od szkoły spędzam w bibliotece (sobota) oraz na rowerze wokół jeziora (niedziela), tudzież uskuteczniam wielogodzinne rozmyślania nad życiem, człowieczeństwem oraz Robertem Plantem (niezależnie od dnia tygodnia).

Nienawidzę zupy mlecznej, odkąd przestąpiłam po raz pierwszy próg przedszkola, zbieram porzucone i niekochane rzeczy, odkąd po raz pierwszy znalazłam brokatowy grzebyk pod balkonem i, ku rozpaczy matki, postanowiłam używać go do własnych włosów. Nie cierpię plotek, odkąd koleżanki z ławki obgadały moją najlepszą koleżankę, a potem zaprosiły nas obie na badmintona. Dobra, czyli nie tylko nic się nie zmieniłam, ale jeszcze na dodatek wszystko doskonale pamiętam, na wszystko mam w czaszce osobną szufladkę oraz na każdego czarną teczkę [mruży wzrok, unosi jeden kącik ust, myśli o pięknej zemście na konkretnych osobach, wizualizuje mroczne sytuacje osobistej rekompensaty, ostatecznie porzuca tę przyjemną myśl i postępuje zgodnie z nakazami terapeuty, że skorpion to tylko znak zodiaku, nie musisz taka być].

Skupmy się jednak na sferze wnętrz. Czy ja kiedykolwiek doświadczyłam minimalizmu? Czy ja kiedykolwiek posłuchałam matki i zadałam sobie pytanie, na co mi tyle plakatów? I tyle sypiących się paprotek? Czy naprawdę musiałam mieć ten korek pod tapetą, dzięki któremu pinezki lepiej się wbijały? Otóż, moi drodzy, TAK. Nic się u mnie nie zmieniło. Nie wyrosłam z mojego nastoletniego gustu, no może lekko przeszlifowałam go Instagramem. Nie wyrosłam, nie przeszło mi oraz nic mi nie minęło. Moją inspiracją wciąż jest mój pokój z liceum, w którym królowałam ja, Eminem oraz dezodoranty Impuls.


I oto dziś, kiedy mam trochę więcej miejsca niż jeden pokój, ale wciąż nie tyle, żeby czuć się jak J.Lo (kto nie miał plakatu, niech pierwszy rzuci tamagotchi), tworzę sobie nową galerię ścienną, która jest jakby rekonstrukcją mojej galerii z Bravo, tylko bardziej fancy, insta-friendly oraz bezapelacyjnie bardziej sexy, choć bez Lenny'ego Kravitza. Wieszam sobie chłopaków, których kocham od podstawówki: Kurta, Iggy'ego oraz Richarda (brakuje może Taylora Hansona, ale znalazłam jego konto na Insta). To są prawdziwi wieszcze, nauczyciele życia oraz strażnicy moralności i najbardziej wiarygodni filozofowie ('Nikt nie umiera jako dziewica, życie dyma nas wszystkich' i takie tam). Do tego obraz, który namalował Stary w przypływie dławiących go wspomnień z lekcji religii, dekadencki drink, bo nie przyszło mi nic innego do głowy, co mogłabym skomponować z chłopakami, czarne zawijasy, bo taki jest umysł artysty oraz apetyczne papaje, bo też jakoś pasowały mi do całości. Nie pytajcie, dlaczego.

Kąt jadalniany też doczekał się ostatecznego szlifu w postaci lampy nad stołem (przeniesiona z sypialni) i nowej grafiki. Pamiętajcie: spoconym kurierom oraz łysym ścianom mówimy stanowcze NIE. Kochajcie swoje ściany, ubierajcie je ładnie i eklektycznie, tak szybko pustoszeją.

Wszystkie moje dzisiejsze ścienne nowości pochodzą od marki DESENIO, która jest partnerem tego wpisu i która ma dla Was super turbo niespodziankę, ale to dostaniecie, jak dotrwacie do końca tego wywodu.




Marka DESENIO to jest raj dla fanatyków dekorowania ścian, do których się niewątpliwie zaliczam i jestem z tego dumna (co najmniej tak samo, jak z moich nowych sanek). Nie ma najmniejszej szansy, że nie zwęszycie tam czegoś dla siebie, bo tam jest po prostu wszystko- od botanicznych fotografii, przez minimalistyczne grafiki i delikatne wzory, aż po czarno- białe zdjęcia gwiazd i szalone plakaty w stylu pop-art. Co jest też dobre, to to, że w sklepie znajdziecie również wysokiej jakości ramy, a są to ramy takie, że jak w nie spojrzeć, to nie ujrzysz swego lica w pofalowanym grymasie. One po prostu nie zniekształcają odbicia, a to jest i ładne, i dobre, i rzadkie.

Na koniec zostawiam Was z niezliczoną ilością ujęć (jak zawsze), która dorównuje poziomem mojej ekscytacji z tego, jak to pięknie wszystko razem gra. 'Nie ma dzieci, są ludzie', jak zwykł mawiać Korczak. Dobrze, że z niczego nie wyrosłam. No może tylko z kaloszy w tulipany, ale od czego jest dział DIY na Pintereście.




















Plakaty, które wybrałam:

Czarne esy-floresy, czyli Abstrakcja
Pan z papieroskiem, czyli Kurt
Owocki, czyli Papaje
Rano praca, wieczorem do dna, czyli Drink
Plakat w stylu Bauhaus, czyli Łuki


A teraz najlepsze:

Mam dla was kod zniżkowy STYLERECITAL na 25% na plakaty* w DESENIO, ważny do północy 6.02.
Zaobserwujcie @desenio po więcej plakatowych inspiracji!

*Z wyłączeniem ramek i plakatów z kategorii Handpicked/Collaborations/ Personalizowane

Do następnego :-)

Post powstał we współpracy z marką DESENIO.

Prześlij komentarz

2 Komentarze