Refleksje po kwarantannie oraz jedna rzecz, której o sobie nie wiedzieliśmy (o dziwo).


No to koniec dwumiesięcznych koronawakacji, Stary wrócił dziś do pracy. A już było tak miło, te piżamy, kanapki i Eurobiznes zamiast obiadu. Czuliśmy się jak dzieci, kiedy zamknęli im szkoły- niby żal, a tak wewnętrznie uciecha i jaranie za blokiem. Już tęsknię za tą kwarantanną.

Dla niektórych przebywanie ze sobą non stop to na dłuższą metę męczarnia- widziałam, czytałam, są tacy. Ale my od początku byliśmy taką parą, o której mówi się 'słodkopierdząca' i wszystkim chce się rzygać na sam widok. Tak, właśnie taką. Ciągle i wszędzie razem, nawet do lumpeksów i ginekologa (znaczy się nie do gabinetu). Wszędzie za rączkę lub pod paszkę, z poczuciem humoru, którego lepiej nie publikować w sieci. Gdyby Stary był kobietą, na bank mielibyśmy okres w tym samym dniu. Lubimy spędzać razem czas do granic nienormalności, jesteśmy sklejeni ze sobą jak włosy przed myciem. Mamy dokładnie te same charaktery, oboje jesteśmy introwertycznymi Skorpionami i nie potrzebujemy tłumu ludzi wokół. Takie, wiecie, papużki-nierozłączki z tych kartek walentynkowych, których nikt nie kupuje po dwudziestym roku życia. Taki podstawówka level, ciągle jesteśmy w tej wstępnej fazie, jak Carrie i Big, tylko ja trochę grubsza, a Stary jakby mniej rozrzutny.

Kwarantanna nie była dla nas czasem bolesnym, wręcz przeciwnie, dawno nie było tak spokojnie. Slow life at its finest, z którego wycięliśmy wszystkie negatywne informacje, żadnej retoryki smutku i dialogu strachu, jaką namiętnie uprawiają media oraz niektórzy blogerzy i niestety nie daje się tego czytać i słuchać. Byliśmy, po prostu. Bez planów na jutro, na wakacje i na Sylwestra, bez wkurwiania się na zamknięte sklepy i brak drożdży. Zatrzymaliśmy się na maksa, choć świat ewidentnie nie potrafił- czy ta wcześniejsza faza na slow life/hygge i coś tam, to była na serio? Bo nie wydaje mi się. Żywiliśmy się soczewicą, ponieważ w sklepach na początku były pustki, więc z soczewicy zrobiliśmy największe zapasy, wsparliśmy kilka polskich sklepów, ale niewiele, bo choć chciałabym wesprzeć wszystkie możliwe cukiernie i szwalnie, pizzerie i fundacje, które należy teraz wesprzeć, to niestety nie mam kasy, gdyż przez wirusa straciłam połowę zleceń (marketing stał się kwestią drugorzędną, co jest zrozumiałe). Chodziliśmy w maskach dookoła komina, obejrzeliśmy stare filmy z Sylvestrem Stallone, wysprzątaliśmy mieszkanie, choć wciąż bez mycia okien, za to z myciem balkonu, raz się pokłóciliśmy, ale bez cichych dni. Największy raj miała Franka- tak długo rzucaliśmy jej piłkę, aż się cała rozpadła.

Czego może dowiedzieć się o sobie para, która wie o sobie wszystko- zapyta ktoś. Właśnie też niekoniecznie spodziewałabym się, że cokolwiek w tym stylu może mieć miejsce. Przesz my wiemy o sobie wszystko, a nawet więcej, czasem nie trzeba nic mówić, wystarczy ruch brwią i wiemy. A jednak. Okazało się, że mamy swój malutki intymny świat, o którym nawzajem nie wiedzieliśmy i nie, nie jest to, o czym teraz pomyśleliście. Nie są to również kulinarne grzeszki, że niby Stary jak Lewandowski podjada pączki za kioskiem. Nie ma też romansu, sprawdziłam, ja też nie mam. To wyszło nagle, kiedy naczytaliśmy się o końcu świata i wojnie biologicznej w Internecie, potem się oboje zamyśliliśmy i tak szukaliśmy czegoś, co by tu złagodziło napięcie i nagle Stary zaczął coś podburkiwać pod nosem. Tym sposobem okazało się, że oboje kochamy śpiewać w samotności. Tak na całe gardło. Tak, jak się śpiewa pod prysznicem, tylko że tu w ciągu dnia i bez prysznica. Tak ze znajomością słów (jak ja) albo nawet i bez (Stary). Muza łagodzi obyczaje, jak to mówią. Daje ukojenie. I ten nasz malutki świat został nam brutalnie odebrany na całe dwa miesiące. Mało się nie udusiliśmy. Trzeba było to zastąpić szorowaniem grzejników, ale to nie to samo, to jednak nie te emocje, co wyimaginowana scena i publiczność pod powiekami. Szczęście w nieszczęściu, dziś wracamy do siebie. I oby tylko był Strepsils w aptece.


Do następnego :-)

Publikowanie komentarza

8 Komentarze