Rzeczy, których nie wyrzuciliśmy, czyli rodzinne trzepanie piwnicy (oraz stojak DIY).

4/15/2020


Piwnica to otchłań, do której nie wchodzę. Jest to królestwo Starego, on tym rozporządza. Dobrowolnie oddałam mu we władanie pięć metrów kwadratowych niczym tą pierwszą roślinkę dla przedszkolaka, coby dbał, a ona mu się odwdzięczy. To się jednak nie sprawdziło, boję się, że jakiś metal niechcący poderżnie mi gardło na wejściu, więc nie wchodzę. Raz wrzucona weń rzecz, przepada na wieki. Zupełnie jak w moim żołądku.

W obecnym jednak czasie, kiedy umyliśmy już nawet piekarnik, grzejnik w łazience oraz ściany w przedpokoju, została ona. Od kilku dni wisiało nade mną to jarzmo, że kiedyś przecież skończą mi się okna i podłogi, upiekę już wszystkie pasztety z Jadłonomii, wytnę wszystkie bobki Francy i nawet skończę czytać Sartre'a znalezionego na śmietniku. W końcu przewinę Internet do końca i wezmę udział we wszystkich aktualnych zabawach w social mediach, skończy mi się wena do ulepszania moich czterdziestu pięciu metrów i do pisania głupot na moim Ig, a ona tam będzie, ukryta między kotłownią a garażem, niczym ta rodzinna nie-chluba, głodna porządku i oczekująca na porządne zmacanie. Gorejąca cztery piętra pod nami centrala Mordoru, którego samozwańczym prezesem został Stary. Oddalałam od siebie tą wizję niczym pobieranie krwi, ale nadszedł dzień prawdy. Prawdy, która ujawniła, z jakim ja człowiekiem jedną pierzyną się przykrywam. Przeżyłam wejście, po wygarnięciu połowy na korytarz udało mi się przekroczyć próg i upamiętnić ten widok, nietknięty ani moją pedantyczną, ani Starego wręcz przeciwnie, ani żadną inną ręką, nawet mysią.


Jak dobrze, że znam na pamięć wszystkie serie Wojen magazynowych, w których uczestnicy mają dwie minuty na ogarnięcie wzrokiem czyjegoś składowiska śmieci zwanego schowkiem oraz decyzję, czy licytują, czy nie. Poczułam się jak w tym programie, aż zapragnęłam logowanej koszulki oraz hamburgera po robocie. Za nasz dałabym ze trzy dychy ze względu na nieużywaną spiralę wartą pięć. Wprawne mam już jednak oko do szybkiej oceny śmietnika, więc chwyciłam, co się dało jeszcze wykorzystać i uciekłam, zostawiając tym samym Starego na pastwę piwnicznego losu o zapachu stęchlizny i przegranego życia. Może jeszcze kiedyś tam wrócę, na pewno nie teraz.

Przyniosłam szare deski, które widzicie na zdjęciu wyżej, te w prawym dolnym rogu. Jest to wkład do regału z Ikei, który kiedyś zgarnęłam za darmo z zamiarem użycia jako stolika kawowego, niestety nasz nadreaktywny pies pokrzyżował te piękne plany, a wkład powędrował w ręce Starego, czyli w piwniczną otchłań, do której Frodo nawet za dopłatą w postaci całego worka pierścionków by się nie wybrał. Trafiły tam jeszcze resztki płyt wiórowych, które też wzięłam, ale tylko dlatego, że byłam pewna, że to coś innego, no i stało blisko. Lubię wykorzystywać, co mam, nie lubię marnotrawić, więc bez żadnego planu zrzuciłam to wszystko na dywan i rozpoczęłam intensywne procesy myślowe. Muszę jednak przyznać, że w całym tym- nie do przyjęcia w moim pedantycznym sercu- bajzlu Stary ma jedną dobrą cechę, a mianowicie niczego nie wyrzuca. Ile to razy wspominałam jakieś ścinki z dykty, którą pocięłam w dwutysięcznym dwunastym i nagle stały się najpilniejszą wnętrzarską potrzebą, a on wziął i je znajdował w swoim królestwie bez okna, ba, nawet przynosił je do domu, całe, niezeżarte przez głodne mojego ciała pająki i jeszcze mogłam z nich zrobić użytek. Ja nie umiem utrzymać w szufladzie nawet PIT-ów za zeszły rok, od razu wydają mi się zbędną makulaturą, szczególnie jak spoglądam na podsumowanie. A on ma, wszystko kitra i wszystko składuje. Jeśli kiedykolwiek będziecie potrzebowali alibi w postaci biletu kolejowego z trasy Tczew- Wrocław z czerwca dwa tysiące osiem, zgłoście się do Starego. Jeszcze Wam ksero zrobi. W dwóch egzemplarzach.


No więc do brzegu, Paulina, do brzegu, znów popadasz w niepotrzebne filozofie do stojaka z resztek, których pewnie nikt nie czyta. Otóż wymyśliłam sobie stojak z tych deseczek, a używając instagramowej nomenklatury, taki display dla coffee table books. Ktoś może powiedzieć, że takie rzeczy nie są najbardziej potrzebne, ale ja Wam mówię, że są, albowiem prezentacja ulubionych przedmiotów to całe clou tej wnętrzarskiej imprezy. Pokaż, co lubisz, nawet jeśli są to cycki na czarno- białych fotografiach. Dzięki temu się nie mieszka jak w salonie Agata, lecz w swoim własnym domostwie, w swoim własnym wesołym składowisku bez nadzoru. I ja to popieram, w całej rozciągłości.

Plan na stojak jest prosty, wykonanie też jest dość proste, o ile posiadacie wkrętarkę. My, ilekroć wkręcamy ręcznie trzysta osiem wkrętów, zawsze sobie powtarzamy, że teraz to już na pewno kupimy wkrętarkę. A potem znowu przychodzą jakieś wezwania za prąd albo znowu za mało butelek sprzedam, no i nie kupujemy. No więc cztery deski należy skręcić ze sobą pod kątem prostym, tworząc swego rodzaju schodki. Dobrze skręcać je kilka centymetrów wcześniej, nie równo, dzięki czemu naturalnie utworzą się 'półki'. Na koniec, stawiając schodki pod ukosem, trzeba dodać podstawę, która utrzyma całość pod kątem i nasz stojak stanie się dwustronny. I tu właśnie weszła wiórówka, cała na wiórowo. Wycięliśmy z niej trójkąty o wyglądzie pakowanych kanapek z automatu, po czym znów w ruch poszedł wkrętak. Dwieście wkrętów i osiem odcisków później kupa resztek z Mordoru stała się normalnie funkcjonalnym meblem. Szok.



Wykończeniem tego projektu stały się żółte esy-floresy, które Stary poczynił, coby ozdobić nieco nasze dzieło, ale też, przyznaję, zamalować wkręty. Niestety nie jestem jeszcze na etapie takiego DIY, gdzie się wbija coś na wcisk i inne takie, że nie widać, dla mnie sukcesem jest fakt, że końcowe dzieło nie przewraca się, nie rozpada oraz trzyma pion i jeszcze można je używać. Do naszych wiórowych kanapek dokręciłam małe kółeczka, żeby można było wygodnie stojak obracać i sięgać po rzeczy z drugiej strony, na dolnej półce też dokręciliśmy kawałek twardej dykty, żeby można było wykorzystać też półkę na dole. I oto rodzinne trzepanie piwnicy zaowocowało takim śmiesznym bąblem, dzięki któremu mogłam wyłożyć trochę ulubionych rzeczy na widok. Nie kosztowało mnie to nic, za wyjątkiem niesympatycznych wrażeń z piwnicznej otchłani oraz kilku słów za dużo o wyraźnie podminowanym zabarwieniu. A tak to nic, zero złotych. Dobrze, że Stary niczego nie wyrzuca, choć nie mogę być z tego dumna, kiedy wyjmuje niezjedzone kanapki z poniedziałku przy sprzątaniu szafy w sobotę.












Do następnego :-)

A to widziałeś?

10 Comments

  1. Twój Z moim mogliby sobie piątkę przybić. Przydasie to jego specjalność. Niestety, ja nie mam takich genialnych pomysłów jak twoje, więc moja piwnica jeszcze długo będzie tak wyglądać. Albo i gorzej, nie wiem, nie zaglądam tam 🙈

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja też tak będzie wyglądać, ponieważ też tam nie zaglądam :-D

      Usuń
  2. O bogowie ! Przez ten post przypomnialam sobie o swojej piwnicy, od - nie powiem - ilu lat niesprzatanej ! Zgroza !
    W dodatku u Ciebie grasuja pajaki, a u mnie na dodatek szczurki. Bede miec koszmary ! Prosze wobec tego o nastepny najbardziej optymistyczny post, natentychmiast ! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Genialne Jeszcze się na Tobie nie zawiodlam 😍Skopiuje na swoje gazety Pozdrawiam Agnieszka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bierzcie i czerpcie z tego wszyscy! Pozdrowienia :-*

      Usuń
  4. Haha, o wow, ale to jest mega! A moja piwnica wygląda dokładnie tak samo :p

    OdpowiedzUsuń

Na blogu działa spamowstrzymywacz - linki do sklepów i usług nie będą publikowane.