Na jakim etapie jest teraz Twoja relacja z mieszkaniem? Oraz jak ją naprawić.

5/06/2020


Nowa rzeczywistość nas zastała, a wraz z nią kilka soczystych fakapów na linii relacji różnorakich. Relacje z małżonkiem/konkubentem/partnerką to już tu sobie omawialiśmy, prawda, trzeba im dać zajęcie jakieś, a sobie zapewnić 'poranki dla introwertyka' i jakoś pójdzie. Relacje z rodziną dalszą co prawda okrojone, ale z pewnych źródeł wiem, że dla wielu to czas zbawienny. Pozostała zatem inna ważna relacja do przegadania. Ta z mieszkaniem.

Dom, pieszczotliwie nazywany teraz więzieniem, przechodzi naprawdę trudne chwile. Te ściany ze znanego przysłowia, co to mają uszy, mają najgorzej, gdyż słyszą wiele. Oj, wiele słyszą. Cała papka z grochówki, niemocy i frustracji na nie leci. Balkony robią za siłownie (to moi sąsiedzi), sypialnie za biura (to u nas), wuce za sypialnie (to nie wiem, ale gdzieś na pewno), a kuchnie za obfite wydawki przerobionych na trylion sposobów warzyw korzeniowych (to u każdego). Relacja z mieszkaniem jest napięta. Nagle widać więcej, niż się widziało do tej pory. Dostrzegasz ślad pleśni na suficie, szuflady na łyżki nagle okazują się źle zaprojektowane, a podczas kąpieli zaczynasz nazywać rybiki po imieniu i nawet rozróżniasz już samice. Relacja z mieszkaniem jest nerwowa. Niektórzy nigdy, NIGDY nie siedzieli tyle w domu. Pojawiają się myśli nienawistne. Najbardziej metraż obrywa, choć wiadomo, że zawsze był za mały, ale teraz to już wielkość historyjki z Donalda. Dostaje się też deweloperowi, który w ogóle nie wygłuszył ścian i teraz słyszysz, jak sąsiad pokrętnie tłumaczy się szefowi z pięciu urwanych godzin na home offisie. To już nie są tylko jakieś tam wieczorne siki, teraz słyszysz wszystko jakby mocniej, jakby bardziej, jakby cały dzień i czujesz się jak bohater 'Trainspotting' po odwiedzinach trzech dilerów. Kto jeszcze dostaje? Bajzel. Wszechobecny bajzel. I okruchy. I bajzel. W szufladach z suchym, w półkach z golfami oraz na balkonie. Właśnie, balkon. Co on taki w ogóle nieustawny.

Powiem coś, ponieważ pracuję zdalnie od czterech lat i wiem- od pracy w domu można dostać obsesji na punkcie mieszkania. Na punkcie miejsca generalnie, w którym się mieszka. Wtedy patrzysz na wszystko jak przez lupkę małego grzybiarza. Zaczynasz analizować ustawienie gałek względem słoików z soczewicą oraz różne odcienie bieli na suficie. Te widoki z okna, które widzisz all day long. No nie jest to opcja dla każdego, zdecydowanie. Wiele rzeczy zaczyna wkurzać, wiele zaczynasz dopiero doceniać, ale generalnie jest lekka paranoja. U mnie to widać po blogu- pewnie większość ludzi, którzy chodzą normalnie do biur, nie gmera tak intensywnie w swoich czterech kątach, jak ja gmeram. Ba, nawet Stary często nie wie, o co mi chodzi, a ja, gdzieś tam, między jednym tekstem i ósmym mejlem, projektuję sobie w głowie, że muszę przestawić tą szafkę asap. Ba, zdarza mi się to robić podczas służbowych calli. Fak, zapomniałam, że moi pracodawcy są z Internetu.

Generalnie chciałam dziś napisać o tym, co pomaga mi w opanowaniu relacji z mieszkaniem na co dzień. Żeby nam się miło koegzystowało bez wyzwisk. W tytule tego wpisu jakbym od razu założyła, że Wasze relacje z domami są teraz gęste. Ta izolacja, to zamknięcie, tylko skończeni introwertycy się cieszą (co nie?? :-)). Reszta przeklina swoje cztery ściany, swoje pudełeczko do życia, niczym to po butach zimowych, gdzie wieko miesiącami nie uchylon było. Dla mnie to oaza i biuro marzeń, ale jakieś siedemdziesiąt procent ludzkości ma pewnie coś innego w głowie. Coś na zasadzie: pierdel, kibel, loch. Ale zaprawdę powiadam Wam: wdrożycie, co poniżej, a obędzie się bez epitetów. Będzie przyjemniej.

ŁADNE RZECZY CODZIENNEGO UŻYTKU.


Może to i banał, może to i pierdoła, ale powiem Wam, że w pracy z domu liczą się takie właśnie pierdoły. Że się posoli pomidora z ładnej solniczki, że się herbaty napije z fajnego kubka. Takie, wiecie, małe szczęścia, dziś jakby bardziej widoczne. Bo czy wychodząc w pośpiechu rano do pracy, zastanawiasz się, czy Twój kubek jest fajny? Przygnębienie załataj ładnymi rzeczami, które robią przyjemność wizualną. Te wszystkie drobne detale, urocze zakątki. Ładność porozstawiana po wnętrzu niczym ten zapach po pierwszej wspólnej nocy ('Pościel jeszcze pachnie ogniem naszych ciał'). Miła poduszka pod dupskiem. Miękki ręczniczek, kiedy musisz opłukać sobie twarz zimną wodą po kolejnej telekonferencji o niczym. Najlepsze jest to, że ładne rzeczy są wszędzie, a modne rzeczy wcale nie są drogie (pisałam o tym TUTAJ). Mój nowy detal to świecznik z ceramicznej oprawy od piwnicznego kinkietu. Kosztowało mnie to nic, nawet nie tilajta, a zapalam sobie wieczorem przy kompie i jest fajnie. A z winem to już w ogóle.




SYPIALNIA JEST W TYM WSZYSTKIM TAK SAMO WAŻNA, JAK MIĘKKIE KAPCIE.


Sypialnia w ogóle jest w życiu ważna, ale w pracy z domu jest ważna przez duże WU. Dlaczego? Ano dlatego, że tam odbywają się intensywne procesy myślowe o podłożu egzystencjalnym. O przyszłości świata teraz rozmyślamy, dotyka nas więcej rzeczy niż zwykle i to nie przez rękawiczki. Dobrze więc zadbać, żeby to miejsce było taką bazą, jak się kiedyś budowało z foteli i koca w tygrysy, tylko bardziej grown up. Moja sypialnia jeszcze do niedawna reprezentowała niemały chaos w ściennym dekorze, co nie było najgorsze (do podejrzenia TUTAJ), lecz jakiś taki optyczny nieład się tam wdarł. Chyba za dużo naraz próbowałam upchnąć, a że oliwkowa zieleń chodziła za mną od dłuższego czasu, taką właśnie postanowiłam tu zapodać. I najlepsze jest to, że sama ją sobie sporządziłam. Teraz jest tu spokojniej, czego nad wyraz mi teraz potrzeba.




ORGANIZACJA ŻYCIA, CZYLI BUDUJ SZAFY, UKŁADAJ SWETRY I TRZYMAJ ŁAD.


Cóż może bardziej denerwować, jeśli nie widok kupy nie-wiem-kiedy-pranych dresów znad laptopa? Tylko naparzanie udarem u sąsiada z góry. Albo rozwalone gazety. Albo generalnie nieład, który zmusza do natychmiastowej organizacji zamiast do robienia na czynsz. Otóż powiadam Wam, że trzymanie porządku jest całym clou imprezy pod tytułem 'praca z domu'. Bez porządku nie ma roboty, a może tylko ja mam tak bardzo pod sufitem, że nie spocznę, póki nie poukładam, zbiorę i schowam. Na początku roku zrobiliśmy system szaf w przedpokoju, gdyż nie byłam w stanie spokojnie przechodzić między kuchnią a łazienką bez westchnięcia pełnego bólu i rozpaczy na widok sterty ciuchów Starego ulokowanych poza za małą szafą. Szafuńcią właściwie. Teraz jest wszystko poza moim wrażliwym na burdel wzrokiem. Oraz gazety w koszyku sklepowym, gdyż pamiętaj: eklektyzm to po prostu Twój najmniejszy problem.



NAPRAW, CO NAPRAWY WYMAGA. POPRAW, CO DO POPRAWIENIA. ASAP!


Wyobraź sobie taki najponiedziałkowszy z poniedziałków, kiedy przelew nie przyszedł, boss skrytykował, a Internet się skończył. Plus deszcz i suszarka pełna gaci znowu koło Twojego home office'u. Udajesz się do sypialni po ładowarkę, a szuflada, której prowadnica odkręciła się po parapetówce dziesięć lat temu, nadal tam dynda. Tu przebiera się miara, tu się uleje. Wstajesz, dajesz w szufladę i okraszasz to rynsztokowym słowotwórstwem, którego jestem fanką: 'I jeszcze ta jebana szuflada!'. Tak, moi drodzy, to szufladzie się dostanie. Dlatego przygotuj spis rzeczy, które wymagają dokręcenia, podwieszenia, wymiany i poświęć jedną sobotę na domową technikę. To są drobne dolegliwości Twojego gospodarstwa, ale uwierz mi, że przyjdzie taki dzień, kiedy urosną do rangi życiowego dramatu i nie rozpłaczesz się nigdzie indziej niż właśnie pod jakimś zwichrowanym kablem.



HALO, COŚ TU ROŚNIE!


Weź przykład z moich monster: skoro one przetrwały w tak dobrym stanie w zamknięciu, Ty też dasz radę. Albo z mojego pachypodium- jeszcze niedawno stan jak spod pachy, a dziś na podium (yep, suchar dnia). Nic tak nie uspokaja w domowym biurze, jak domowa zieleń- spójrzcie tylko, jak świetne rosną palmy w ZUS-ie. Teraz należy im się czas pieszczot i jedzenia, więc w dłoń biohumusy i konewki! Czas na bycie działkowcem we własnym livingu. Sam fakt, że coś tu żyje i rośnie, i nie są to ludzie, już podniesie morale Waszego mieszkania.




Dajcie znać, jak tam Wasze relacje z domami.

Do następnego!

A to widziałeś?

6 Comments

  1. Dobrze się to czytało :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak to się dobrze czytało!
    Odpowiadając na Twoje pytanie - po latach pracy w korpo na openspace i częstych wyjazdach służbowych, mając na karku lat trzydzieści z hakiem, zaszłam w ciążę. I wyobraź sobie, że "siedzenie" z dzieckiem okazało się dla mnie kojącym doświadczeniem. Więc dopiero niedawno, będąc już dorosła ładnych kilka lat, dotarło do mnie, że... jestem introwertykiem! I ja lubię być w domu. I tak, są ludzie, dla których ta izolacja bywa wręcz momentami przyjemna. Pomijając smutne kwestie zdrowotno-gospodarczo-finansowe - bycie w domu, zwłaszcza teraz, gdy można jechać do lasu, nie jest takie złe. Gdybym była nadal bezdzietna, pewnie oddałabym się szaleństwu odmalowywania. A tak, co najwyżej skromne DIY gdy dziecię już zmoży sen. Ale i tak uważam, że w moim domu (uściślijmy - mieszkaniu) nadal bardzo lubię być.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki!
      Bardzo, bardzo dobrze Cię rozumiem, mam dokładnie to samo!

      Usuń
  3. ".....ale teraz to już wielkość historyjki z Donalda"
    jest Pani bardzo utalentowaną osobą, bardzo

    OdpowiedzUsuń

Na blogu działa spamowstrzymywacz - linki do sklepów i usług nie będą publikowane.