Dziesiąte urodziny naszego mieszkania- refleksje, plusy i minusy oraz dom ze złotą wyspą.

6/23/2020


Czerwiec 2010- wiekopomna chwila, kiedy wraz ze Starym odebraliśmy klucze do naszej dziupli na trzecim piętrze. Wtedy- wnętrze idealne i wspaniałe, po czterech latach z Pinterestem w dłoni zachwyt jakby ostygł, co nie zmienia faktu, że nadal cieszymy się z tej przestrzeni. A może bardziej z faktu, że nareszcie wyprowadziliśmy się z centrum Gdańska, gdzie każdy czynsz był niczym mini- zawalik.

'Dom ze złotą wyspą na urodziny...'- brzmi, jakbyśmy się po tych latach dorobili niezłego siana na trójmiejskiej ziemi, a teraz strzeliliśmy sobie coś grubego w nagrodę. Nope, wstawiam tylko zdjęcia jakiejś nieruchomości z Melbourne, w której lśni wspaniała złota wyspa. Myślę o takiej wyspie zawzięcie, że aż chyba sobie taką zrobię. Akurat jestem w trakcie przerabiania komody na kuchenny półwysep, a poza tym w każdym życiu przyda się odrobina glamu- nawet jeśli to tylko okleina. To, co moje mieszkanie przeszło przez ostatnie cztery lata (sami rozumiecie- blogowanie), to już zakrawa na złoty puchar w nagrodę, ale- jak już wspomniałam- wciąż nie dorobiliśmy się ze Starym tłustego konta i nie stać nas na tyle złota w arkuszach, więc pewnie skończy się blachą albo inną tapetą. Niemniej jednak blask będzie bił po oczach wszystkich, nawet obserwatorów, a już sąsiadów najbardziej.

Czterdzieści pięć metrów kwadratowych- bosz, co tu się działo. Ile koncepcji. Ilu elektryków, kiedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że detektor przewodów to bardzo ważne urządzenie w gospodarstwie domowym- szczególnie kiedy chcesz powiesić szynę z Ikei za osiem złotych, a ostateczny rachunek magicznie wynosi dwieście osiem złotych. Różne wnętrzarskie wybory- jedne lepsze, inne gorsze. Z tych dobrych- na pewno wyburzenie ściany między jadalnią i kuchnią. Z tych gorszych- panele. Kto mi kazał kłaść te panele. Oraz brązowe drzwi paździerzowe- na szczęście tylko dwie pary. Obie decyzje są wprawdzie odwracalne, ale czemu takie drogie.

Dziesięć lat- rzadko w życiu mieszkałam tak długo w jednym miejscu. Z rodzicami przeprowadzaliśmy się mnóstwo razy- brzmi, jakbyśmy oblecieli wszystkie dzielnice Stolicy, a to działo się tylko w Mrągowie (aż strach, co byłoby w Stolicy). Nasze mieszkanie było drugim, które obejrzeliśmy- pierwsze było w tym samym bloku. W wieku 24 lat zdecydowanie nie byłam gotowa na kupno własnego mieszkania- nie tylko nie wiedziałam, co to jest RRSO, ale nie umiałam nawet przypilnować czynszu, o czym milutko przypomniał nam pierwszy monit od wspólnoty (wcześniej właściciele wysyłali nam mejla z kwotą i numerem konta i tak jakoś przyzwyczaiłam się do tej wygodnej formy). A propos wspólnoty- przez dziesięć lat byłam raz na zebraniu, czynniej uczestniczę w potyczkach słownych na naszej fejsbukowej grupie (to bardziej pasuje do mojego charakteru). Wszystkiego uczyłam się w trakcie, ale ostatecznie bilans naprawdę nie jest zły- bardzo lubię nasze mieszkanie, bo jest w nim zawsze chłodno, nikogo nie ma nad nami, jest ustawne, o czym świadczy bogata ilość aranżacji uwiecznionych na tymże frywolnym serwisie, a poza tym ciągle jaram się faktem, że mogę sobie robić tu, co chcę i wcale nie mam na myśli remontów. Niezmiennie cieszę się swobodą mieszkania samemu. Bez lokatorów- obcych, znajomych i rodzinnych. Jest wprawdzie Stary, ale już się przyzwyczaiłam.

Przy okazji urodzin kwadratu chciałam jeszcze wyznać, że własne mieszkanie ma też swoje minusy. Oczywiście jak wszystko. Jednym (jedynym, a może największym?) minusem jest ograniczona swoboda przemieszczania. Bo po kilku latach potrzeby się zmieniają. Ludzie się zmieniają. Sąsiedzi, okolica, praca. I już nie spakujesz się tak łatwo i nie pójdziesz sobie pomieszkać w inną dzielnicę- szczególnie jeśli mieszkanie jest w kredycie, a o takim ja tu mówię. To taki trochę betonowy bucik, który przytwierdza do podłoża i przyznaję, że czasem to odczuwam, choć nie spodziewałam się, że będę. Rozumiem ludzi, którzy nie chcą kupować własnego mieszkania- takie rozwiązanie jest dziś coraz popularniejsze, mam nadzieję, że w związku z tym rynek wynajmu nie będzie w Polsce taki dziki. Innym minusem są też osiedlowe relacje. W wynajmowanych mieszkaniach nie dbałam specjalnie o to, czy komuś przeszkadza Snoop Dogg o północy. Teraz mimowolnie unikam sytuacji, które mogłyby powodować poranne bicie piany w windzie. Nie jestem typem imprezowicza, ale na młodych osiedlach, gdzie własność jest trochę inaczej pojmowana niż na tych starszych, to jest trochę inny świat. Więcej o temacie stare budownictwo vs nowe bloki pisałam TUTAJ, więc nie będę już dublować kontentu. W każdym bądź razie czasem kilku rzeczy żałuję- na przykład kupna mieszkania na nowym osiedlu, a nie na takim powojennym. A może po tych dziesięciu latach czas na zmianę miejsca? Wszędzie dobrze, gdzie mnie nie ma- o tak, cała ja. Jak ludzie mieszkają czterdzieści lat w jednym miejscu? Nie wiem. I się pewnie nigdy nie dowiem.

Oprócz tych krótkich momentów ('Krótkie mam momenty, krótkie momenty...'), kiedy rozkminiam, gdzie indziej mogłabym mieszkać, są też chwile, kiedy nawet czuję dumę, żeśmy sami sobie tak sytuację ogarnęli. Bo musicie wiedzieć, że nie jesteśmy dziećmi z zamożnych rodzin. Nikt nam nie dołożył, w spadku nie zostawił, w kopercie nie podarował, hektarów nie przepisał, metrów w gratisie nie dodał. Ten smak 'swojego' jest trochę inny, choć oczywiście nie mam porównania, żeby się o tym mądrzyć.

Podsumowując zyski i straty, bilans wciąż wychodzi mi na plus, więc mogę otwierać wino. Usiądźcie sobie wygodnie, wyciągnijcie rączki po kieliszki i wznieście toast za Starego, że dał radę. Ale najpierw wspaniały dom ze złotą wyspą.














zdjęcia: Derek Swalwell.

Napiszcie mi, jakie Wy macie refleksje o Waszych kwadratach. Takie na dziś, na lato 2020.

Do następnego :-)

A to widziałeś?

7 Comments

  1. To musi być jednak super kwadrat jeśli inspiruje taką fajną twórczość :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. I nam też stuknie 10 lat niedługo w jednym mieszkaniu- czas leci! Jeszcze nie rozważam przeprowadzki.
    Pisz częściej proszę, mało Cie ostatnio tu!

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja ciągle marzę... Kurde życie mi się poplątało i z rodzicami mieszkam: moja stara sypialnia pomieściła życie naszej trójki, a są tu jeszcze rzeczy moich rodziców... Także ten: nie ma jak swoje!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Heh, czasem i taki jest etap w życiu! Plus, że wszyscy jesteście razem- moja rodzina rozproszona i rzadko się widujemy :-(

      Usuń
    2. Musisz mieć fajną rodzinę ;)

      Usuń

Na blogu działa spamowstrzymywacz - linki do sklepów i usług nie będą publikowane.